Męczący dzień jak chyba każdy ostatnio. Aczkolwiek nie powiem, bo trochę się dzisiaj uśmiałam. Przyszedł delikwent, o którym mi dużo opowiadano, że jest dość ciekawą osobą i faktycznie choć przyznam szczerze, że rzeczywistość przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Generalnie gość 40 lat, wystarczająco zdrowy, żeby walić wódę, ale zbyt chory, żeby iść do pracy i przestać być na utrzymaniu rodziny. Wytrzymałam zadanie mu dwóch pytań, a potem zaczęłam się tak śmiać z jego absurdalnych [dla mnie, no bo come on] odpowiedzi, że nie byłam w stanie wydusić z siebie nic konstruktywnego. Cieszę się, że nie został przyjęty, bo myślę, że przez kilka godzin dziennie to bym po kilku dniach pierdolca dostała, ale tak jako ciekawostka przyrodnicza przez chwilę to spoko. Miałam z nim już styczność w zeszłym roku na innej terapii i te same teksty, wymówki, argumenty. Złoto. Naprawdę.
Potem pierdolenie atencjuszki o dzieciach, ale się wyłączam. Codziennie ta sama śpiewka o niesfornej nastoletniej córce. Jakby rozumiem fakt, że może być problem z wychowaniem dzieci, ale słuchanie codziennie tego samego kropka w kropkę jakoś mnie znieczuliło na jej potrzeby, do tego jej potrzeba atencji ze strony terapeutów sprawiła, że po prostu mam w dupie to jej marudzenie i się wyłączam zupełnie wtedy. Nie chcę się denerwować, nie służy mi to, a skoro nie za bardzo mam na to wpływ to po co.
No i potem temat o złości. Mega sprawa, chciałabym ją w końcu umieć obsługiwać, bo to bardzo pomocne uczucie [no informuje nas, że coś jest nie tak, że dzieje nam się krzywda bądź ktoś lub coś przekracza nasze granice, więc to jest mega pożyteczne], ale jeszcze mi to trochę pod górkę idzie. Nadal odpalam się w sekundę albo duszę wszystko w sobie, a to kiepski sposób na obsługiwanie własnych uczuć. CHOĆ muszę się pochwalić, że ZDARZA mi się już czasami przeanalizować sytuację zamiast zapłonąć. Ale droga jeszcze daleka.
Z dobrych rzeczy to zadzwonili dzisiaj z serwisu rowerowego i rowerek był gotowy, piękny, czyściutki i pachnący do odebrania. Fakt, naprawa wyszła łącznie 380 zł, ale z drugiej strony nie uważam, żeby to był wygórowany koszt za dobry, sprawny rower. Trochę w kieszeni zabolało, ale szybko się zwróci, bo mam ambitny plan od jutra jeździć rowerem zamiast autem na terapię, zakupy etc. W sumie już dzisiaj nawet pojechałam do sklepu na zakupy rowerem. Jedynie odpuszczę sobie wycieczki z deszcz, bo nie mam błotników, nigdy nie mogłam się do nich przekonać, ale tak to super opcja. Aha i na spacerze znalazłam na drzewie jakieś dziwne coś, przez chwilę myślałam z daleka, że to gniazdo jakiegoś ptaka, ale nope, to wytwór jakiegoś ludzia, nie wiem co to i po co to, ale mnie zaciekawiło, więc cyknęłam zdjęcie. Park ten jest względnie czysty, więc czy to śmieć?
No i w sumie zanim się zakręciłam ze wszystkimi obowiązkami domowymi i tym rowerem to zrobił się wieczór [21] i jestem już tak wypompowana, że tylko marzy mi się kolacja i wyrko. Trochę się wkurzam, że sprawy okołoterapeutyczne zajmują mi tyle czasu [pisanie dzienniczka, zadania domowe, spisywanie głodów etc], ale z drugiej strony jakbym miała dużo czasu wolnego to niby co takiego produktywnego bym z nim robiła? Także niech będzie na razie tak jak jest, chłonąć jak najwięcej i ciężko pracować.
Dalej męczą mnie myśli samobójcze i wszelaka chujnia, która wcześniej była trochę stopowana [i naprzemiennie rozkręcana] alkoholem dlatego czekam tylko do piątku, aby porozmawiać z panią doktor. Tymczasem staram się radzić sobie z życiem najlepiej jak umiem i chyba całkiem nieźle mi to wychodzi. Nie piję, ruszam się sporo jak na lenistwo ostatnich lat, zdrowo jem, zaczęłam dbać o nawodnienie organizmu, wychodzę do ludzi. Przetrwam. Nie ma bata. Jak wóda mnie nie zabiła to nic mnie już nie zabije.
Tym miłym akcentem kończę na dziś, idę wcinać naleśniki z twarogiem i bananem [polecam!!!] na kolację i brykam spać.
Do jutra!