To bodajże moje najbardziej ekstremalne podsumowanie muzyczne, o czym świadczą cztery deathmetalowe płyty. Pomijając jedno wydawnictwo, czyli ostatni - póki co - studyjny album Nightingale, w zestawieniu umieściłem sam metal. I nie zmieni tego nawet Ice-T, który ukrył się w ciężkim wcieleniu, czyli Body Count. Zapraszam do czytania i słuchania, bo będzie głośno!
Oto powrotny album mistrza rapu Ice-T w jego metalowym wcieleniu. Kapela zasłynęła w latach 90. kontrowersyjnym debiutem, który był jednak słabo wyprodukowany. Natomiast Body Count w wieku XXI to dobrze naoliwiona maszyna, tym bardziej, że gra w niej Juan Garcia, znany wcześniej z występów w Agent Steel. Oto więc rap-metal w najlepszym wydaniu i wcale nie tak daleki od thrashu.
Grecka deathmetalowa horda podnosi łeb i gra jeszcze lepiej niż na debiucie. Słychać tutaj przede wszystkim wpływy amerykańskich kapel zakończonych na -ation, czyli Immolation oraz Incantation. Z głośników leje się wrząca smoła, a siłą tej muzyki nie są tylko zabójcze riffy, ale i klimat rodem z najciemniejszych zakątków Hadesu.
Kolejny death metal, tym razem zakręcony niczym wieko od słoika. Nieprzesadnie techniczny, ale i nie prostacki. Bazujący na atmosferze, jak i na ciężarze, a do tego wplatający wiele psychodelicznych wstawek, czasem dość dalekich od metalowej estetyki. Chciałoby się tak dalej, ale później kapela się trochę zepsuła.
I jeszcze kolejny death metal. Debiut grupy znalazł się już w jednym z poprzednich podsumowań, teraz pora na drugi album. Muzyka nie jest na nim już taka hop do przodu, bardziej niż w staromodnym kierunku, spogląda w stronę techniki i jest nieco bardziej melodyjna. Jednak znów najważniejsza jest atmosfera całości – dość odrealniona i surrealistyczna. Tak mogliby grać Niemcy z Dark Millennium, gdyby po reaktywacji porządnie przemyśleli swoją muzykę.
Isole także gościli w tej kolumnie. Jeśli o tę kapelę chodzi, to nihil novi sub sole – wciąż jest to melancholijny doom metal z chorałowymi i płaczącymi wokalami Daniela Bryntse, gdzieniegdzie (w sumie to niepotrzebnie) urozmaicany rykami ze studni. Świetnie się tej muzyki słucha jesienią, zwłaszcza w listopadzie, a to – jak pisał Wyspiański – niebezpieczna pora.
Tej kapeli przedstawiać specjalnie nie trzeba, bo to jedyny w swoim rodzaju konglomerat thrashu i progresywnego metalu. Na tym albumie proporcje między gatunkami przechylają się raczej w tę drugą stronę. Klimat bywa futurystyczny, niczym u Philipa Dicka, stąd pewnie nieprzypadkowo taki dickowski tytuł albumu.
Dawno nie było tutaj tej hardrockowej kapeli Dana Swano. W sumie jest to ostatnia dobra rzecz, którą człowiek ten nagrał. I nie ma co narzekać, bo w końcu każdy się wyprztyka z pomysłów. Tutaj jest bardzo melodyjnie, nieprzesadnie ciężko, raczej w kierunku rocka dla dorosłych, tak zwanego AOR. No i mamy tu same przeboje!
Album ten ukazał się w samym środku kryzysu migracyjnego, a tytułowy utwór, który go promował, odwoływał się do bohaterszczyzny dwóch wielkich wojen światowych. Wyobrażam sobie, że mógłby być śpiewany gdzieś po lasach i koniecznie z pochodniami. Zresztą cała płyta taka jest – zadziorna i hymniczna. Gdyby katolicy pisali taką muzykę... Ech, rozmarzyłem się.
Tom Fischer odcina kupony od Celticfrostowskiego „Monotheista”, ale robi to na tyle dobrze, że przyjemnie się słucha. Chociaż słowo „przyjemnie” nie jest tu adekwatne, gdyż lider kapeli to chodząca depresja, staruch z podmalowanymi oczami i w czapce przykrywającej łysinę. Album ten dowodzi, że niepowodzenia miłosne i kompleksy z dzieciństwa potrafią wykreować naprawdę przerażające dźwięki.
Tutaj też miło nie jest, bo to aż czwarty deathmetalowy album w tym podsumowaniu. Kapeli lideruje Greg Mackintosh z Paradise Lost, a grana przez nią muzyka to death metal odwołujący się do europejskiej sceny przełomu lat 80. i 90., a więc z wyraźnymi wpływami crust punka oraz grindcore, a także paskudnym brzmieniem.