Mieliśmy z kumplem wystartować na Klimczok 1go, ale pogoda totalnie nie dopisała (@merthin wie coś o tym 😉), a dodatkowo nie czuliśmy się w pełni sił po szampańskiej nocy sylwestrowej (whisky z colą, i gin z tonikiem).
Zatem 1go poszliśmy z dzieciakami na spacer (żony mogły sobie poplotkować), a trening przełożyliśmy na dzień następny.
Plan musiał być zrealizowany, więc 2go trzeba było ogarnąć spóźniony "bieg noworoczny".
Poranek powitał mnie wspaniałym wschodem słońca, więc mogłem po cichu liczyć na to, że tym razem pogoda dopisze.
Startowaliśmy z Bielska, więc 7.30 wskoczyłem w samochód, i ruszyłem ku przygodzie.
Startowaliśmy u stóp góry Dębowiec.
Trawersem, nieopodal stoku narciarskiego, wspinaliśmy się w górę, biegnąc w każdym możliwym miejscu (gdy robiło się nieco mniej stromo).
Im wyżej, tym trasa stawała się bardziej oblodzona, i trzeba było kombinować - biec bokiem, lub maszerować delikatnie po lodzie.
Ja w tym miejscu (dobiegaliśmy do schroniska na Szyndzielni), byłem już tak bardzo zmęczony, że zdecydowanie bardziej wolałem iść, niż biec.
Widok Tatr, spod stóp schroniska na Szyndzielni, skutecznie wynagrodził mi wysiłek włożony, by dostać się w to miejsce.
Nie był to jednak koniec wycieczki.
Co prawda droga z Szyndzielni na Klimczok jest stosunkowo łatwa, ale na tak ogromnym zmęczeniu każdy krok sprawiał mi trudność. Do tego na górze, zamiast lodu zastaliśmy sporo grząskiego śniegu, który dodatkowo pochłaniał wysiłek, wkładany w każdy krok.
Nie było jednak mowy o rezygnacji.
Choćbym się miał doczołgać, to wiedziałem, że dotrę na Klimczok.
Tron już czekał, ale prócz tronu czekały na mnie niezapomniane widoki.
Kilka minut na fotki, i trzeba było uciekać, gdyż przepocone ciuchy, i lodowaty wiatr, to nie jest najlepsze połączenie 😉.
Nie lubię zbiegać, i jeszcze nie umiem zbiegać, więc na zbiegach biegnę sztywno, i zbyt asekuracyjnie, hamując przy tym mocno nogami.
Powoduje to napięcie wszystkich mięśni, w szczególności mięśni nóg. Do tego dochodzi (standardowo) ból kolan.
Zbiegania będę się jeszcze długo uczył.
W połowie trasy narciarskiej na Dębowcu totalnie zrezygnowałem z biegu w dół.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, i same uginały się w kolanach, przy każdym kroku podczas schodzenia.
Ten etap był chyba najgorszy, gdyż czułem totalną bezsilność, i brak kontroli nad nogami.
Po zejściu ze stoku, i po krótkim spacerze na płaskim, wykrzesałem z siebie resztkę sił, by dotruchtać ostatni kilometr do samochodu.
W aucie siedziałem kilkanaście minut, pijąc napój izotoniczny, i zbierając siły na podróż do domu.
Ten trening zaliczam do czołówki najbardziej wykańczających mnie biegów.
O poziomie wycieńczenia organizmu zaświadczy procentowy (54%) czas przebywania w 3ciej strefie tętna. Najlepsze jest to, że w 4tej strefie (tętno w zakresie 169-184) przebywałem też przez długi czas.
Kilkukrotnie spojrzałem na zegarek, gdy czułem szum w uszach, i pulsowanie tętna w głowie, i zegarek pokazywał wtedy wartości około 176 ud/min.
Tętno mierzę z pasa na piersi, połączonego z zegarkiem. Jest to dokładny pomiar. Dużo dokładniejszy, niż z czujnika nadgarstkowego, zamontowanego bezpośrednio w zegarku.
Rywalizacja w #macfit do lekkich nie należy 😉😎😁
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io