Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Całą noc nie spałam. Bardzo źle się czułam psychicznie. Bardzo. Nie pamiętam kiedy ostatnio było mi tak przykro. Poczucie bezradności i niesprawiedliwości wyciskało mi łzy z oczu. Byłam bardzo zmęczona, ale nie udało mi się usnąć. Za dużo emocji, za dużo napięcia. Pies jakby wszystko czuł, bo tulił się jak szalony.
Rano zadzwoniła do mnie moja była kierowniczka. W sensie nie moja, ale całego magazynu. Opowiedziałam jej całą sytuację i nie mogła w to uwierzyć. Pogadałyśmy w drodze do jej pracy i powiedziała, że jeszcze do mnie zadzwoni popołudniu jak będzie wracać z pracy i spróbuje mi jakoś pomóc. Nie czułam się lepiej po rozmowie. Jedyny, ale bardzo ważny plus był taki, że nie czuję się w tym wszystkim sama. Wiem, że moi bliscy są ze mną i stoją za mną murem, bo wiedzą jaka jestem.
Pojechałam na kontrolę do psychiatry. Pani doktor od razu chciała mnie wysłać na L4 kiedy tylko usłyszała w jakim jestem stanie. Nie zgodziłam się. Zamknięcie się w domu to najgorsze co bym mogła zrobić. Poza tym nie zrobiłam nic złego, żebym się musiała chować czy uciekać. Ogólnie pani doktor zamiksowała mi w lekach. Dołożyła mi jeden dodatkowy lek, a jeden wymieniła. Ten, który był na wymiankę bardzo mnie przestraszył. To bardzo silny lek, który może mieć bardzo opłakane dla mnie skutki uboczne takie jak zespół Stevensa-Johnsona lub śmierć. Lek jest bardzo skuteczny po tym jak zacznie się wchłaniać czyli jakieś 6 tygodni, ale dostałam od pani doktor listę objawów, które jak wystąpią to mam od razu lek odstawić i lecieć na SOR. Przestraszyłam się, ale jak potem poczytałam w domu to wierzę w skuteczność tego leku dlatego będę się bardzo obserwować i zaryzykuję.
W drodze powrotnej weszłam do apteki i kupiłam ten groźny lek i byłam bardzo zaskoczona jego ceną. 5 zł. Szok. Zaskoczona oczywiście na plus. Jednego leku nie było, ale na jutro na szczęście będzie dostarczony także podejdę i wykupię. Po powrocie do domu zaległam w łóżku. Nie mogłam spać. Głowa pulsowała mi od nadmiaru myśli i bodźców.
Popołudniu zadzwoniła była kierowniczka i kolejną godzinę przegadałyśmy. Wystosowała w swojej firmie pismo do HR, aby jej wskazali jakie mają wolne wakaty i może będzie coś, co ewentualnie finansowo pozwoliłoby mi przeżyć. Nie nastawiam się, ale było mi przeogromnie miło, że o mnie pomyślała. Podzieliła się też ze mną swoimi refleksjami jak ona by rozwiązała aktualną sytuację. Ja jeśli mam być szczera jeszcze nie wiem co zrobię. Mam kilka opcji, ale chyba na razie nie chcę podejmować wiążących decyzji, ponieważ targają mną silne emocje. Nie mogę się jednak pozbyć myśli czy ja chcę pracować w firmie, która w ten sposób traktuje ludzi. Jeszcze nie znam odpowiedzi na to pytanie. Tak czy siak porozmawiałyśmy serdecznie i umówiłyśmy się na kawę jak będę miała za tydzień pierwsze zmiany.
Zaległam znowu do łóżka. Bardzo chciałam zasnąć, bo jestem bardzo, ale to bardzo zmęczona, ale sen nie nadchodził. W końcu wstałam i buszowałam po necie, bo skoro sen i tak nie przychodził to po co leżeć. Poszłam z psem na spacer i zdecydowałam się zwalczyć jadłowstręt kebabem. Wszystko mi się cofa, a muszę wziąć leki, więc nie mogę ich łyknąć na pusty żołądek, a ze stresu nie jadłam od wczoraj.
Zdzwoniłam się z przyjaciółką i pogadałyśmy z 1,5h przez telefon. Nie ma takich słów wdzięczności, które będą w stanie oddać to jak bardzo doceniam obecność i wsparcie moich bliskich. Niemniej jednak muszę też podzielić się goryczą, że pokłóciłam się dzisiaj z drugą przyjaciółką i nie wiem czy w najbliższym czasie chcę z nią rozmawiać. Aktualna sytuacja jest kolejną kiedy nie mogę z nią swobodnie porozmawiać o tym co się dzieje, co czuję i jak czuję, ponieważ na wszystko dostaję odpowiedzi "będzie dobrze, nic się przecież nie stało, jeszcze nic nie jest przesądzone". Właśnie problem polega na tym, że stało się bardzo dużo, a ja mam dość deprecjonowania wszystkiego co się u mnie dzieje. I nie jest to kwestia tego, że teraz jestem w rozsypce to tak zareagowałam. Zareagowałam tak, ponieważ jest to któraś taka kolejna sytuacja kiedy nie mogę swobodnie z nią porozmawiać, bo wszystko jest zbijane jakimiś argumentami z dupy. Nie chcę się denerwować dlatego podziękowałam za wsparcie i ucięłam rozmowę.
Idę zjeść tego nieszczęsnego kebaba, bo nie zdążyłam go nawet zacząć, wezmę leki i poczekam aż sen przyjdzie. Mam nadzieję, że w końcu przyjdzie. Jestem w strzępkach. Po prostu. I nie wiem jak mam się pozbierać ani jak mam się bronić.
Do jutra.