Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Bardzo długo jak na mnie spałam i spałam jak kłoda. To efekt zmęczenia po braku snu przez hipo + zjazd po hipo + leki. Wstałam mocno zaklejona, ale funkcjonująca. Po ogarnięciu się pojechałam do przyjaciółki i to był wspaniały czas. Dla mnie to coś nowego, że ktoś się cieszy, że spędza ze mną czas, a jej syn to ma w ogóle imprezę życia gdy jestem. I ja też mam imprezę życia w duszy jak ich widzę. Z młodym na ogrodzie przeprowadziliśmy poważną rozmowę, że informatyka jest najlepszym przedmiotem, bo można grać w gry. Szanuję, bo uważam podobnie. Trochę psycha mi klękła jak usłyszałam, że w rozkładzie dnia mamy zakupy, ale było spoko. Jak dziewczyny grasowały po sklepie to z młodym siedzieliśmy i gadaliśmy o grach, bo każdy wie, że to jest znacznie ważniejsze i lepsze niż zakupy. I dzisiaj pierwszy raz bardzo do mnie dotarło, że traktuję te maluchy [chuja nie maluchy] jak swoją rodzinę, bo odpala mi się czuwanie nad nimi. Za młodą wodzę wzrokiem po sklepie byleby tylko mi nie zniknęła z pola widzenia, a gdy dziewczyny poszły na zakupy, a z młodym siedzieliśmy na ławce i graliśmy to jak zaczęli się gromadzić ludzie wokół to się do niego przysunęłam odruchowo, żeby broń Boże nikt nawet nie miał do niego dostępu. Dziwne, ale jakiś stadny instynkt mi się włączył, a swojego stada się chroni. A ja nigdy nie żyłam w stadzie, ale to miłe. Bardzo. Ważne i miłe.
Po powrocie do domu zaczęła mnie zalewać fala pretensji do samej siebie, bo ktoś mnie skrzywdził, a ja nie umiem porozmawiać o tym z przyjaciółką. A ona się złości jak coś zatajam, a ja tego nie zatajam tylko ktoś mi zniszczył życie i nie chodzi o złamane serce i gdy żyję na wyparciu to żyję. A gdy w ogóle dopuszczam do siebie promil myśli o tym to żyć nie chcę. No i od paru godzin jadę po sobie jak po burej suce, że jest ze mnie chuj nie przyjaciółka, bo nie mówię i w ogóle chuj mi na imię i pies mnie jebał.
No ale ok.
A potem usiadłam na balkonie, paliłam fajkę i pomyślałam sobie, że dawno nie byłam na fejsie mojej biologicznej matki. A wchodzę tam raz na parę tygodni, żeby sprawdzić czy w ogóle żyje, bo w razie w muszę się w porę zrzec spadku. I nie wiem jak opisać co poczułam kiedy weszłam na profil biologicznej matki, która zniszczyła mi życie, z którą nie mam kontaktu 15 lat [rocznica za parę dni], która mną gardzi i mnie nienawidzi i zobaczyłam zdjęcie z kolacji z oznaczeniem jakiejś laski i podpisem "z najlepszą córką".
I to mnie złamało i mam jedynie potok łez i nic więcej do powiedzenia już nie mam. Nie dźwigam mojej rzeczywistości od kilku tygodni, ale można śmiało powiedzieć, że choć nie mam kontaktu z matką od lat to dziś po raz milionowy złamała mi i tak już złamane i zniszczone serce. I po raz milionowy złamała mnie i złamała mi życie. Tym bardziej, że wiem, że ona wie, że zerkam na jej profil, bo niejednokrotnie mnie tam kąsa. Ale do tej pory było to kąsanie..
Nie uniosę tego na trzeźwo. Nie ma szans.
No i chuj, no i cześć..