Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Nie piszę, bo mi się nie chce. Nie piszę, bo siedzę i gapię się w klawiaturę i albo mam w sobie tak bezdenną pustkę, że w sumie nie wiem co napisać albo wszystkiego jest tak dużo, że też nie wiem co napisać. I jakaś tam ulga jest jak sobie bazgram, ale znaleźć na to siły..
Ostatnie dni były intensywne. Szukam spokoju. Medytuję, czytam, uczę się, byłam na siłowni, byłam w kościele, byłam u psychologa i zrobiłam jeszcze milion innych rzeczy, aby szukać spokoju, ale nie ma go. Gdy już jakoś nawet uda mi się złapać pion to wlatuje trigger i rozpadam się na nowo. I rozpadam się i zbieram i rozpadam i zbieram i jestem już tym kurewsko zmęczona. Po prostu zmęczona tym, że każdy dzień to walka. I do tego samotna, bo czuję się kurewsko samotna.
Stan zdrowia sukcesywnie się pogarsza, ale generalnie nie skupiam się na tym, bo już nic nie wyczaruję. Biorę leki i w piątek mam wolne, bo idę do lekarza. No i niech myśli co zrobić z nerkami, ja już nie mogę zrobić nic i poza bólem to chyba ta bezsilność mnie wykańcza. Bo czuję się bezsilna wobec wszystkiego co mnie spotyka. Zdrowie fizyczne, zdrowie psychiczne, przemoc, której doświadczyłam - nie mogę zrobić nic. No, w pracy dostałam trochę sprawczości, ale pracą nie umiem się cieszyć przez inne kwestie.
Jak chodzi o zdrowie psychiczne to kompletnie przestałam reagować na leki. Mam poczucie, że mogłabym ich już nawet nie brać. Nawet leki nasenne już nie działają niezależnie od dawki. Wzięłam ostatnio dużą [akceptowalną powiedzmy], miałam chwilową bombę z czego mógł się pośmiać @herosik i zasadniczo nie dało to nic, bo bomba minęła po nie wiem może godzinie i jak nie mogłam spać tak nie mogłam spać dalej. Wczoraj wróciłam do Gorzowa zmęczona jak pies. Gorzej. Jakoś się doczołgałam do 20, zasnęłam chyba jeszcze przed zajebaniem ryjem w poduszkę no i co.. O 21:30 już było po spaniu. Jestem wyczerpana.
Czuję się na zakręcie, bo mój mózg jest tak zaprogramowany, że zawsze szukam rozwiązań. Zawsze. I pierwszy raz w życiu czuję, że stoję w momencie gdzie tych rozwiązań już nie widzę, bo sypie się wszystko jedno po drugim i nie mam w ogóle poczucia sprawczości, że mogłabym cokolwiek naprawić. I nie wiem co mam zrobić. Po prostu nie wiem. I boję się i jestem tym wykończona. Ciągle się boję. Mam ataki paniki w nocy, boję się wchodząc do domu, boję się stracić kogoś, kogo kocham, ale też boję się odzywać, wszystko po prostu zaczyna mnie kompletnie przerastać. Przez ostatnie tygodnie bardzo poważnie rozważałam wyprowadzkę. Tylko nie wiem czy to cokolwiek zmieni. No może to, że miejsca przestaną mnie triggerować, ale czy realnie to coś poprawi? Nie wiem.
Chodzę do pracy, bo to moja jedyna chwila wytchnienia. To są jedyne godziny w ciągu dnia kiedy przez chwilę nie jestem swoim wrogiem i trochę mniej cierpię. Dużo pracuję, wdrażam automatyzacji milion, bo od stycznia chcę iść na urlop. Taki był pierwotny plan. Ale dzisiaj to już chuj wie, sama nie wiem czego chcę. Wiem jedynie czego potrzebuję i jest to spokój. Potrzebuję spokoju, ciszy i miłości, żeby się pozbierać. A świat napierdala i napierdala i napierdala.. No ale nic to.
Ciągły hałas w głowie, ciągły hałas w sercu, ciągły hałas w duszy, a ja tylko chcę ciszy i spokoju.
I struggle expressing emotion
I'm lonely with people around
I'm losing the fight with depression
My head is somewhere in the clouds
I'm broken and searching for peace
But it's nowhere to be found
I'm not ashamed to say
I need you right now
God, can you hear me?
I'm screaming at the top of my lungs
Barely breathing
Covered and soaked in my blood
I'm broken, I'm weak
Can't stand on my feet
I'll give you my all
Just answer me please
God, can you hear me?
Can you hear me? ...
Do jutra.