Kolejny rok, w którym wyróżniłem przede wszystkim wydawnictwa metalowe. Chociaż tym razem nie jest aż tak ciężko jak w poprzednim podsumowaniu. Najmocniejsza w zestawieniu jest płyta Napalm Death, która stanowi zmasowany atak na narządy słuchowe. Za to łagodniejsze obszary muzyczne reprezentują dziadki z Toto, bo Killing Joke, chociaż metalu nie gra, również wykorzystuje ciężkie brzmienia.
Wcześniejsze wcielenie kapeli, z lat 80.i 90. niespecjalnie mi podchodzi, ale „Win Hands Down” to zupełnie inna sprawa. Świetny, bardzo mięsisty i melodyjny materiał, zanurzony w amerykańskiej tradycji heavymetalowej ze sporą dawką bluesowych harmonii. Średnie tempa, bardzo dobre wokale Johna Busha i mamy dynamit!
Kolejni amerykańscy metalowcy, tym razem ci od doomu. Epickiego, rzecz jasna, bo na mulenie w stylu wczesnego Black Sabbath czy jakieś Electric Wizardy mam alergię, najbardziej zaś nienawidzę stoner/doomu. Tu słychać znajome dźwięki Candlemass, a teksty dotyczą spraw religijnych oraz nawiązują do Biblii, jak to często w tym gatunku bywa. Bardzo udany debiut.
Led Zeppelin spotyka Deep Purple, oczywiście w Szwecji, bo mówimy o Europe. Każda płyta tej kapeli, wydana po jej reaktywacji, jest inna. Tutaj słychać sporo posępnych dźwięków i majestatycznych melodii. Jeśli tak ma wyglądać muzyczna starość, życzę jej każdej kapeli, bo Europe gra naprawdę porywająco.
Znów Ameryka Północna i znów doom metal, jednak nieco inny. Również epicki, ale bardziej ciemny, miejscami z agresywnymi wokalami. Panowie mają na tyle oryginalne podejście do melodii i komponowania, że w zasadzie od razu (a jest to ich debiut) wypracowali sobie własny styl, dzięki któremu nie sposób pomylić ich zespołu z żadnym innym. A to nie lada sztuka.
W XXI wieku ci nowofalowcy zmetalizowali swoją muzykę, a „Pylon” jest ostatnim, póki co, świadectwem tego odświeżonego stylu. Wypełniają go apokaliptyczne hymny, w których wyczuć da się odrobinę ironii. Ot, brytyjskie podejście do sprawy. Hymny te, choć brzmią potężnie, potrafią przykuć uwagę chwytliwymi motywami melodycznymi.
Jak dla mnie, to najlepszy album Napalm Death. Zawsze uważałem, że najlepsze rzeczy nagrywali w XXI wieku, ale tutaj pokazali, że ich pokłady kreatywności są wprost niewyczerpane. Nie dość, że płyta urywa łeb swoją intensywnością, to jeszcze zaskakuje wielością nietypowych rozwiązań i smaczków. Takich lewaków mogę słuchać bez końca.
Na tym albumie Paradise Lost do końca przeprosił się z metalem. Wrócił nawet agresywny ryk Nicka Holmesa. Płyta skrzy się od pomysłów, a słabych utworów praktycznie nie zawiera. Aby jednak dodać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, muszę zaznaczyć, że wolałem, gdy poszli w eksperymenty i nie oglądali się na fanów metalu. Wtedy wierzyłem, że są odważni. Dzisiaj nie są, ale na szczęście grają dobrze, stąd to wyróżnienie.
Qip to projekt Macieja Pasińskiego, odpowiedzialnego w latach 90. za zespół Sirrah – najlepszy „klimatyczny” metalowy band w Polsce. Na swoim debiucie pod nowym szyldem proponuje transowy gotycko-industrialny metal z wyraźnymi wpływami death/doom. Całości dopełniają filmowe sample oraz wciągająca postapokaliptyczna atmosfera.
Odkąd w Queensryche nie ma Geoffa Tate, kapela wróciła na prawidłowe tory. Nowy wokalista daje radę, brzmi podobnie i również ma wiele energii w głosie. Natomiast zespół przestał grać jakieś dziwne rzeczy o siedmiu zbójach czy bawić się w alternatywny rock, ale ponownie wycina heavy metal. I to jest najważniejsze.
Powrót Josepha Williamsa do Toto zaowocował kolejnym dobrym albumem kapeli, która tym razem wybrała bardziej bezpieczne rejony niż na „Falling in Between”. Znów porusza się po znanych drogach melodyjnego rocka dla dorosłych, nie wstydząc się również, że często zahacza o pop.