Jest 30 października 1938 roku.
Telewizji właściwie jeszcze nie ma. A jak jest, to tylko eksperymentalna i nie pod strzechą przeciętnego obywatela. Amerykanie masowo zasiadają przed radiem, żeby posłuchać kultowego pasma muzycznego, zupełnie zapominając, że idealnie o dwudziestej w innej stacji rusza hitowy program rozrywkowy. Przełączasz pokrętło z taką precyzją, jakbyś rozbrajał bombę i trafiasz w sam środek dramatycznego komunikatu meteorologicznego o dziwnych wybuchach na Marsie. Po chwili spiker przerywa transmisję głosem, który wystraszyłby nawet cegłę i rzuca przerażające wieści: w New Jersey (to taki amerykański Sosnowiec albo Radom) właśnie ląduje statek kosmiczny, z którego wychodzą istoty przypominające gigantyczne ośmiornice z laserami.
Dla współczesnego człowieka brzmi to jak idealny scenariusz na wieczorny seans z popcornem, colą i komentarzami w stylu „ale słabe CGI”. Dla Amerykanina z 1938 roku, który spóźnił się na wyjaśnienie spikera na początku audycji informujące, że to tylko radiowa fikcja? Cóż, był to bilet w jedną stronę do paniki trzeciego stopnia.
W tym momencie cała logika, racjonalne myślenie i znajomość podstawowych praw fizyki pakują walizki i kupują bilety w jedną stronę na Bahamy. Amerykanie nie sprawdzają, czy inne stacje potwierdzają inwazję z kosmosu. Oni po prostu robią to, co każdy obywatel w obliczu apokalipsy: wpadają w totalny obłęd.
W miastach wybucha masowa gorączka. Ludzie pakują do bagażników stare walizki, kanistry z benzyną, zapasy konserw, psa sąsiada, kanapkę z szynką i desperacko próbują zatankować auto, które od trzech lat stoi na kołkach w garażu i prawdopodobnie już dawno wyewoluowało w mały ekosystem z mchem na siedzeniach i bardzo zdezorientowanym pająkiem. Telefony w redakcjach gazet i na posterunkach policji urywają się od pytań w stylu: „Czy Marsjan da się przekupić kiełbasą?”.
Tymczasem twój ulubiony sąsiad
– nazwijmy go po prostu Wojtek, bo każda dzielnica ma swojego eksperta, który zawsze „wiedział, że coś się święci” – już dawno zmienił żonobijkę na mundur z I wojny światowej. Przed domem ma już ułożone worki z piaskiem i ostrzy widły, sporadycznie spluwając przeżutym tytoniem.
Orson Welles siedzi w tym czasie w studiu radiowym i prawdopodobnie przeciera oczy ze zdumienia, patrząc, jak jego adaptacja powieści H.G. Wellsa zamiast skłonić ludzi do spokojnej refleksji nad literaturą science-fiction, zmienia się w narodowy bieg na orientację pod hasłem: „Uciekaj na wzgórza!”.
Nawet gdyby Marsjanie faktycznie zjawili się na Ziemi z zamiarem aneksji wschodniego wybrzeża Stanów, to i tak wywołaliby mniejszy chaos logistyczny niż trzydziestominutowe słuchowisko nadane w niedzielny wieczór w wigilię Halloween. Kiedyś radio to miało zasięgi, teraz to nie ma zasięgów. Amerykańska infrastruktura drogowa zablokowała się sama, zanim ktokolwiek zdążył się zastanowić, czy inwazja kosmitów ma jakikolwiek sens ekonomiczny. Korek był tak gęsty, że nawet czasoprzestrzeń zaczęła się lekko marszczyć.
Gdy cała prawda wyszła w końcu na jaw, a słuchacze zorientowali się, że zostali brutalnie wkręceni przez grupę artystów, naród poczuł potężne zażenowanie połączone z gigantyczną ulgą i lekkim poczuciem, że właśnie dał się wkręcić na żywo. Wszyscy ci, którzy jeszcze godzinę wcześniej zakopywali rodzinne srebra w ogródku, uciekali przed siebie w piżamach i układali w głowie plan negocjacji warunków kapitulacji, musieli wrócić do domów, przeprosić sąsiadów za stratowane grządki, oddać ukradzionego psa i udawać, że od początku wiedzieli, iż to tylko żart.
Tymczasem rząd w Waszyngtonie i Federalna Komisja Łączności siedzą w swoich gabinetach, próbując wymyślić jakikolwiek komunikat, który nie brzmiałby jak zbiorowa kapitulacja przed własną głupotą. Przez pierwsze godziny paniki politycy bali się odebrać telefon od kogokolwiek, bo jedyne, co usłyszeliby w słuchawce, to wrzaski wyborców domagających się natychmiastowego opodatkowania Marsa za niszczenie trawników. W końcu wydano suche oświadczenie, które miało uratować twarz państwa, ale jego efekt był taki, że naród nie musiał sprawdzać, czy jego zapasy fasoli w puszce mają odpowiednią datę ważności.
Na wieść o inwazji z kosmosu nie panikuj.
Nie wszyscy obcy chcą cię od razu zdezintegrować. Sprawdź, czy masz czysty ręcznik oraz zapas papieru toaletowego na trzy dni, a potem wyjrzyj za okno. Upewnij się, że Wojtek zdążył już przepakować piaskownicę do worków i proklamował się tymczasowym gubernatorem. On po prostu tylko czeka na pretekst, żeby wreszcie wyciągnąć widły. I przy okazji sprawdzić, czy z Marsjanina da się zrobić kiełbasę.
A ty wyciągnij popcorn, licz ludzi przebiegających za oknem i delektuj się chwilą.
Dziś to by chyba nie przeszło. Ludzie są uodpornieni. Z drugiej strony… daliśmy sobie wkręcić Covid.