Kilka dni temu jeden z kandydatów na Prezydenta Miasta Krakowa, który ma całkiem spore szanse na wygraną (Łukasz Gibała) w odpowiedzi na problem braku sąsiedzkich relacji zapowiedział stworzenie mini-rynków w różnych częściach Krakowa. No i ile diagnoza wydaje się być dobra, o tyle zaproponowane rozwiązanie już nie za bardzo. Przynajmniej ja mam z nim problem. Dlaczego?
- Po pierwsze, miejsca trzecie (bo de facto czymś takim mają być te mini-rynki) nigdy nie powstawały odgórnie. Zawsze był to proces "zajmowania" przez społeczność jakiegoś miejsca, które stworzone zostało bez intencji, że będzie gromadziło ludzi na rozmowach.
- Po drugie, miejsca trzecie są spontaniczne, a w jakichkolwiek miejskich projektach nie ma dla niej miejsca. Liczą się liczby.
- Po trzecie, intencje mogą być szczere, ale potem i tak jest duże prawdopodobieństwo, że będzie to wdrażał urzędnik-idiota, który nie rozumie tematu. Przykładów daleko nie trzeba szukać. Sami dostaliśmy pismo po pół roku remontu, że mamy go kończyć w ciągu miesiąca, bo lokal "pod działalność kulturalno-oświatową" nie działa.
- Po czwarte, to że ludzie nie znają swoich sąsiadów nie wynika tylko z tego, że nie mają miejsc, ale również ze zmiany stylu życia. Fakt, że powstanie mini-rynek nie oznacza, że ludzie zaczną z niego korzystać, tak jakby sobie tego życzyli twórcy projektu. Owszem, jak zorganizują tam tanie/darmowe zajęcia z ceramiki to będzie obłożenie, ale poza wydarzeniami będą pustki.
Ogólnie sceptyczny jestem co do wsparcia miejsc trzecich przez państwo, bo w większości przypadków będzie to niedźwiedzia przysługa. Jestem jednak w stanie wyobrazić sobie jakieś programy wsparcia bez zbędnej biurokracji. Nie wiem jednak na ile są one realne. Swoją drogą będzie to jeden z tematów najbliższej Pracowni Zmian, która już w najbliższy piątek (18.09 o 18.00). Jej temat to: Jak tworzyć miejsca trzecie?