Rozdział 7 poświęcony jest angielskim pubom. Sporo jest w nim różnych danych dotyczących wagi tych miejsc i popularności, ale myślę, że wiele z nich przez ostatnie trzy dekady mocno się to zdezaktualizowało. Obecne statystyki są takie, że codziennie w UK zamyka się jeden pub...
Podczas II wojny światowej Frank Dobie powziął trwałą sympatię do czystego, małego pubu Anchor w Cambridge. Rozmyślając nad prawdopodobnym losem takiego miejsca u siebie w kraju, napisał: „Gdyby prowadzili taki lokal w Ameryce, zarobiliby mnóstwo pieniędzy. Powiększyliby go, aby obsłużyć coraz więcej klientów, i rozbudowywaliby go dalej, aż urósłby do rozmiarów Madison Square Garden lub stał się standaryzowaną jednostką w sieci handlowej. Jednak na długo przed osiągnięciem któregokolwiek z tych etapów straciłby charakter, który czyni przytulne małe gospody i puby w Anglii prawdziwymi »wyspami błogosławionych«”.
W małym tomiku Maurice’a Gorhama zatytułowanym Back to the Local znajduje się rysunek Edwarda Ardizzone przedstawiający jedną z owych „smutnych małych grupek” ludzi gromadzących się na ulicach obok pubów po przedwczesnym zamknięciu. Grupy te — pisze Gorham — to nie alkoholicy ani opryszki szukający zwady. To spora grupa ludzi, którzy używają pubów; którzy spotykają tam swoich przyjaciół, rozmawiają, wymieniają wiadomości i wolą radosne towarzystwo baru od ciasnych granic własnego domu. Nie potrafią pogodzić się z pożegnaniem z tym wszystkim. Zwlekają na chodniku, kontynuując rozmowy rozpoczęte w ciepłym, jasnym barze, podczas gdy za nimi gasną światła, rygle głośno zapadają na miejsce, a żelazne kraty zamykają się ze szczękiem.
Ponad czterdzieści lat temu badanie wykazało, że „90 procent stałych bywalców pubów nie idzie dalej niż 300 jardów, aby dotrzeć do swojego zwykłego pubu”. To właśnie to szczodre rozmieszczenie małych pubów doprowadziło do nazywania ich locals, i to ich sąsiedzki charakter sprawiał, że były wypełnione znanymi twarzami, a nie obcymi.
Angielski pub nigdy nie jest tanim prostokątem z pustaków z bezgustnym szyldem z przodu — to zazwyczaj solidna i cywilizowanie wyglądająca budowla. Patrząc z daleka, może przypominać małą bibliotekę, bank, klub restauracyjny, niewielki kościół, sklep detaliczny, wiejską chatę lub gospodę. Owego estetycznie katastrofalnego skupiska zaparkowanych samochodów obok typowej amerykańskiej tawerny brakuje w większości brytyjskich pubów. Na zewnątrz i wewnątrz, otoczenia, w których Anglicy piją jednego czy dwa drinki w miejscu publicznym, stanowią wzorce do naśladowania.
Wydawało mi się, że rozdział kolejny (8) poświęcony francuskim kawiarniom powinien być znacznie ciekawszy. Okazało się jednak, że to cafe nie ma wiele wspólnego z miejscem, które w Polsce byśmy tak określili...
Florence Gilliam pisała: „Nie znam na świecie żadnego spojrzenia — chyba że bezwzroczny wzrok kierowany na siebie nawzajem przez pasażerów metra — które byłoby tak bezosobowe, jak to na twarzy osoby w kawiarni niebędącej w bezpośrednim kontakcie z innymi obecnymi”. Ocena Wechsberga jest taka sama: „Stali bywalcy kawiarni ogródkowych mogą praktycznie siedzieć sobie na kolanach, ale nigdy nie podsłuchują wzajemnie swoich rozmów”. Obserwowanie ludzi (i słuchanie ich), które Amerykanie tak często uważają za rozrywkowe lub pouczające (a w każdym razie dopuszczalne), tutaj nie występuje. Jeśli ktoś pragnie zaangażować obcego w rozmowę będąc w bistro, może poczynić takie próby, które na ulicy byłyby nie na miejscu. Osoby, do których się zwrócono, mogą zachęcić do długiej pogawędki lub krótkiej. W bistro rozmowy rozpoczynają się i kończą równie łatwo i często, jak się pragnie. Odwiedzający może dołączyć do stolika przyjaciół, krążyć między stolikami lub zostać pozostawiony samemu sobie, aby napisać list lub poczytać gazetę, jeśli ma taką ochotę. Nie ma presji na wchodzenie w interakcje z innymi. Bistro oferuje zatem prywatność lub towarzyskość jednostkom i grupom.
Konserwatyzm rośnie wraz z inwestycją w daną lokalizację. Im dłużej jednostki pozostają na danym obszarze, tym bardziej opierają się zarówno zmianom, jak i pomysłowi przeprowadzki. Gdy francuski robotnik znajdzie znośną sytuację w pracy, odpowiednie mieszkanie dla swojej rodziny i bistro, w którym może cieszyć się towarzystwem swoich kolesi, staje się obiektem nie do ruszenia.
Kelnerka w bistro — lub właściciel, jeśli kelnerki nie ma — uważa za część swojej pracy przekazywanie wiadomości telefonicznych, opiekowanie się paczkami klientów i załatwianie spraw dla stałej klienteli. W dzielnicach więzi między właścicielem a głowami lokalnych rodzin są niezwykle silne.
Kawiarnia jest zatem klubem męskim. Służy również jako dom dla tych, których Wylie określa mianem „samotnych”. Oni również są mężczyznami, w liczbie pięciu lub sześciu, którzy są kawalerami, wdowcami lub rozwodnikami i mieszkają sami. Są najuboższymi dorosłymi mężczyznami we wspólnocie. Kawiarnia stanowi centrum ich egzystencji, a piją jedynie małe szklaneczki (canons) czerwonego wina („aperitif ubogiego”) i nie stać ich na więcej niż dwie dziennie. Są zmorą życia właściciela kawiarni. Gdy nie pracują i nie śpią, przebywają w kawiarni, gdzie czytają gazety, grają w karty, wciągają żonę właściciela w rozmowę lub siedzą, nie robiąc nic. W czasie posiłków mają w zwyczaju przynosić własny chleb i ser i narzucać się rodzinie właściciela.
Rozdział 9 poświęcony jest amerykańskiej tawernie. Ciekawsze myśli poniżej.
Problem z utożsamianiem miejsca trzeciego z tawerną polega na tym, że w większości przypadków to zrównanie jest błędne. Choć publiczny lokal gastronomiczny w dowolnej kulturze ma oczywisty potencjał, by stać się miejscem trzecim, potencjał ten jest obecnie urzeczywistniany rzadziej niż w przeszłości.
Ameryka stanowi zaledwie 8 procent populacji świata, ale konsumuje 70 procent światowych zasobów narkotyków. Sugeruję, że prywatyzacja picia, nawyk „odlatywania” z dala od światła publicznego, mogła być czynnikiem przyczyniającym się do jednego z naszych głównych problemów społecznych.
Tawerna będąca miejscem trzecim musi regularnie przyciągać sporą liczbę ludzi, którzy już są przyjaciółmi, albo skutecznie zachęcać do przyjaźni tych, którzy po raz pierwszy spotykają się na jej terenie. Wiele miejsc ponosi porażkę na obu tych polach.
Jakiś czas temu ciekawość zaprowadziła mnie do lokalu cieszącego się opinią miejsca o przyjemnej atmosferze i kuszącej karcie dań. Znajdował się tam piękny, długi bar z błyszczącego, jasnego dębu, wzdłuż którego ustawiono czternaście dużych stołków barowych. Pierwszy, trzeci, piąty, siódmy, dziewiąty, jedenasty i czternasty stołek były zajęte. Nikt nie rozmawiał. Przez chwilę żałowałem, że nie mam obiektywu szerokokątnego, bo oto miałem klasyczny wizualny przykład tego, jak Amerykanie pozostają samotni, będąc razem. (...) Tutejszy barman, jak tylu innych w dzisiejszych czasach, był młodym chłopakiem o niewielkiej ochocie do nawiązywania kontaktów towarzyskich i niemającym wiele do zaoferowania, gdy już zgodził się odezwać. Nie był owym źródłem lokalnych informacji, symbolem autorytetu, rozjemcą sporów ani tą „postacią”, którą barmani powinni być. Kobiety wśród klientów prawdopodobnie widziały w nim coś więcej. Nie był katalizatorem niezbędnym do tego, by skłonić nieśmiałych bywalców do rozmowy.
W regionie kraju, gdzie tradycja tawerniana jest zauważalnie niedorozwinięta pomimo sporej liczby licencjonowanych lokali, dwóch przedsiębiorczych dżentelmenów zbiło kapitał na powszechnej nieznajomości zasad prowadzenia tawerny. Kupują oni miejsce o opisanym przeze mnie ponurym klimacie. Interes idzie słabo, więc cena jest odpowiednio niska. Przejmują je i „robią swoje”, czyli stosują dobry hosting. Szybko uczą się imion bywalców, witają ich entuzjastycznie, przedstawiają sobie nawzajem i wkrótce lokal staje się pełen ludzi. Nawet w godzinach poza szczytem, gdy inne miejsca świecą pustkami, ich lokal tętni życiem. Lokalizacja może nie być zbyt korzystna, ale miejsce staje się „żyłą złota”. Wtedy je sprzedają, znajdują inny barowy dramat i odnawiają swoją magię na nowo. Rola gospodarza nie jest jedyną kwestią w ewolucji miejsca trzeciego, ale niewiele czynników jest ważniejszych. [waga tego czynnika jest zdecydowanie niedoceniona w części teoretycznej książki]
To, co zazwyczaj słyszy się w tawernie będącej miejscem trzecim, to hybryda między swobodną pogawędką a wystąpieniem publicznym. Bywalcy mają nawyk mówienia głośniej, niż jest to konieczne, by byli słyszani w ich bezpośrednim kręgu. Na ile jest to świadome lub zamierzone – nie potrafię powiedzieć, ale efekty są jasne. Śmiałość mowy odzwierciedla i buduje pewność siebie mówiących. Donośne głosy sygnalizują pogardę dla intymności oraz prywatności i postawę otwartości na szerszą grupę. Dodatkowe trzy do pięciu decybeli pozwala na zrozumienie sensu tym, którzy nie znajdują się w bezpośrednim kręgu, oraz zaprasza ich do odpowiedzi i uczestnictwa. Użycie dodatkowej głośności działa jako mechanizm zachęcający do włączenia się, szerszego uczestnictwa i jedności wewnątrz tawerny jako miejsca trzeciego.
Jednym z najbardziej intrygujących odkryć Richards było to, że żaden ze spotkanych przez nią stałych bywalców nie został przyprowadzony do swojego (docelowego) miejsca trzeciego przez przyjaciół. Raczej znaleźli tawernę na własną rękę i na własną rękę zdobyli w niej akceptację. Nie polegali na żadnych formalnych ani nieformalnych sieciach kontaktów, aby znaleźć miejsce lub zapewnić sobie w nim towarzystwo.
Jak bardzo stali są bywalcy tawern będących miejscami trzecimi? Richards ustaliła, że są niezwykle regularni. Większość wstępuje przynajmniej raz dziennie, a nikt nie pojawia się rzadziej niż dwa razy w tygodniu. Ci, którzy pracują w pobliżu, potrafią wstąpić „kilka razy dziennie”. Średni czas pobytu waha się od jednej do trzech godzin. Częstotliwość wizyt zależy również od bliskości. Im bliżej miejsca zamieszkania lub pracy znajduje się tawerna, tym częściej dany bywalec będzie ją odwiedzał.
Otoczenie miejsca trzeciego ma jedno fundamentalne wymaganie wewnętrzne, które spycha wszystkie inne daleko w tło, a jest nim to, kogo można liczyć, że się tam spotka. Gdy dany lokal nie spełnia tego kryterium, musi coraz bardziej zwracać się ku tanim chwytom i konkurencyjnej dekoracji wnętrz, jak to ma miejsce obecnie.
Miejsce, które znajduje się blisko domów swoich stałych klientów, które zachęca ludzi do przychodzenia takimi, jak stoją, nie musi oferować wiele więcej niż towarzystwo, które z łatwością przyciąga. Jest tym, co Anglicy nazywają local (lokalnym pubem), i jest zawsze tak dobre, jak dzielnica, w której się znajduje – ani lepsze, ani gorsze, z wyjątkiem tego, że tworzy prawdziwe sąsiedztwo z tego, co w przeciwnym razie mogłoby być niczym więcej niż obcymi ludźmi, którzy przypadkowo mieszkają obok siebie.
10 rozdział poświęcony jest klasycznym kawiarniom. W końcu.
Większość miejsc trzecich na świecie czerpała swoją tożsamość z napojów, które serwowała.
Opisy bywalców wiedeńskich kawiarni na przestrzeni dekad zgodnie donoszą, że zupełnie różne grupy ludzi korzystają z lokali w różny sposób i o różnych porach dnia. W czasach współczesnych śniadania serwuje się wcześniej niż kiedyś, a gracze pojawiają się później – co stanowi sygnał, że ludzie mogą żyć dziś w większym pośpiechu. Po sprzątnięciu stołów śniadaniowych pozostała część poranka upływa pod znakiem biura, punktu informacyjnego i biblioteki. Tuż przed południem rozciąga się białe obrusy i pojawia się tłum obiadowy. O 14:30 (dawniej wcześniej) stoły są czyszczone, a goście odnawiają znajomości przy czarnej kawie i plotkach. O 16:00 rozpoczyna się damska Jause, trwająca do 18:00, kiedy uczestniczki muszą wracać do domów, by ugotować kolację dla rodzin. Następnie pojawiają się gracze w szachy, karty i bilard, dominujący w lokalu aż do momentu przybycia publiczności teatralnej. Te główne fale stałych bywalców jedynie sygnalizują różnorodność zastosowań wiedeńskiej kawiarni. W ciągu swoich około osiemnastu godzin codziennego funkcjonowania jest ona wszystkim dla wszystkich.
W sumie to ten ostatni rozdział rozczarował mnie najbardziej, bo te wiedeńskie kawiarnie chyba najmniej pasują do opisu miejsca trzeciego...
Podobnie jak w kulturze niemieckiej, stali bywalcy (Stammgast) posiadają w wielu miejscach swój własny stół, który jest „stale zarezerwowany”, choć zazwyczaj nieoznaczony. Zespół stałych bywalców codziennie gromadzących się przy danym stole tworzy tak zwany Stammtisch. W przeciwieństwie do angielskiej kawiarni, gdzie każdy mógł podejść do każdego i zostać przyjętym, kawiarnia wiedeńska składa się z małych, prywatnych światów. Członkowie Stammtisch dają jasno do zrozumienia obcym, że nie są mile widziani przy ich stole.
Tym oto akcentem jednak kończymy część drugą. Przed nami ostatnia opisująca różne aspekty miejsc trzecich.
The Great Good Place. Notatki [7] | Ecency
Długo oczekiwany piec i nieoczekiwane wizytyhallmann ·