Nazwa KBK jest adekwatna. Miało być nawiązanie do Herberta a okazało się to przepowiednią. Tworzenie Królestwa zdaje się nie mieć kresu. Jest to cały proces. Niczym wchodzenie na górę. Gdy zdobędziemy jakiś cel to wtedy okazuje się, że przed nami jest kilka kolejnych. Częściowo się z tym pogodziłem i (trzymając się tego porównania) świadomie unikam kolejek górskich. Ale mimo wszystko nie zamierzam wędrować... bez kresu.
Zrozumiałem to ostatnio. Dostałem propozycję zrobienia muzyki do gry komputerowej. 10 lat temu brałbym to w ciemno, bo wtedy o tym właśnie marzyłem. Teraz jednak musiałem odmówić, bo KBK pochłania większość mojego czasu i nie mam go na nic innego. Pogodziłem się z tym, bo: po pierwsze - widzę efekty stuprocentowego zaangażowania, po drugie - czuję, że KBK ma głęboki sens, a po trzecie - wiem, że dzisiejsze wyrzeczenia pozwolą na stworzenie uniwersalnego standardu, który umożliwi replikacje w przyszłości. Równocześnie jednak wiem, że kiedyś będę musiał delegować zdecydowaną większość zadań, które wykonuję. I wtedy będę mógł się zająć muzyką (i nie tylko).
Trudno powiedzieć kiedy to będzie. Mam jednak wrażenie, że szybciej niż mi się zdaje. W tym roku zrobiliśmy znaczący postęp w odpowiedzi na dwa fundamentalne pytania: czym jest KBK i jakie problemy rozwiązuje. W aktualnej opowieści o Królestwie "miejsce trzecie" i "wyjście z Matrixa" wzajemnie się uzupełniają. Moim zdaniem ma to ogromny potencjał, który może znacząco przyczynić się nie tylko do ostatecznego sukcesu krakowskiego KBK, ale przede wszystkim jego ekspansji.