Dziennik #44/2026 - nie wiem

Words
497
Reading
3 min
Listen
Play
6M

20260307_181555.jpg

Źródło: fotografia własna


Dobry wieczór.

Wrzucam wczorajsze zdjęcie jeszcze raz, bo po pierwsze uważam je za najpiękniejsze jakie zrobiłam w ostatnim czasie, a po drugie mogę, a po trzecie dzisiaj ciągnie się smród z wczoraj.

Wczoraj napisałam:

image.png

i to było tylko preludium do syfu, który nastąpił później.. Wygrały ze mną myśli samobójcze, a w sumie próbowały wygrać i gdyby nie to, że naćpałam się do nieprzytomności to już by mnie nie było. Wyćpałam tyle, żeby nie być w stanie podjąć działań, których nie będę mogła cofnąć. To był ostatni zryw chęci do życia, a w sumie nie chęci do życia, bo tych nie mam wcale, ale próba ratowania przyjaciółki, żeby nie musiała stanąć nad moim grobem.

To pojebane. Kocham ją jak nikogo innego, a okazuję to w bardzo pojebany sposób. Nie taki, na jaki ona zasługuje. Nie tak jak jest tego warta, bo to najlepszy człowiek jakiego znam.

Wstałam nad ranem jak z krzyża zdjęta. Albo i gorzej. Zajęłam się swoimi sprawami i jak wróciłam do domu to znów zaczęło mnie zgniatać to poczucie bezsensu mojej egzystencji. Jestem wykończona emocjonalnie. Totalnie wykończona. I jak się tak nad sobą użalałam to zadzwoniła przyjaciółka czego kompletnie się nie spodziewałam, bo byłam przekonana, że każe mi wypierdalać bez rozmowy, bo ile można znosić moją durnotę. Pojechała mi i słusznie. Walczy o mnie i niesłusznie, ale to tylko moje zdanie. Jak się rozłączyła to się rozpłakałam jak dziecko. Jak totalnie małe dziecko. A może właśnie to jest jeden z naszych problemów? Że ja nie okazuję jej uczuć i emocji takimi jakie są tylko zawsze wyreżyserowane perfect, że wszystko jest w porządku, może czasem niezbyt dobrze? Może jakby widziała / słyszała mój płacz to uwierzyłaby, że jest dla mnie najważniejsza?

Nie wiem co dalej z moim życiem. W najbliższym czasie nie planuję targnąć się na swoje życie, ale też słuchania Myslovitz nie planowałam. Czuję pustkę i rozpacz i to jedynie mi towarzyszy od kilku tygodni i przestaję sobie z tym radzić. Jutro mam terapię i już wiem, że moja pani psycholog też mi pojedzie, bo one z moją ukochaną Gosią mówią jednym głosem.

Stoję na rozstaju dróg i nie wiem, w którą stronę mam iść. Wiem natomiast, że przez to wszystko tracę najwspanialszego człowieka na świecie i pytanie czy ja chcę i mogę sobie pozwolić na taką stratę.. Tylko kocham ją tak bardzo, że mam dość obarczania jej sobą i koło się zamyka.

Jest mi do kurwy nędzy tak ciężko jak jeszcze nie było. To, co przeżywam teraz to jest milion razy gorsze niż to gdy musiałam pochować partnera. Tamten ból to w ogóle jakiś pierdolony pryszcz przy tym co jest teraz. I ja już po prostu nie mam siły.. Ani nie mam koncepcji na dźwignięcie się z ziemi. Łykam kolorowe pigułki, chodzę na terapię, a i tak jest jakaś totalna pizda. A może mnie po prostu nie da się naprawić? Może jestem już tak bardzo zepsuta, że tylko wyjebać na śmietnik historii, zakopać, zapomnieć?

Krwawię w duszy, sercu.

Do jutra.