Dziennik #209/2025 - cyk, cyk

Words
993
Reading
5 min
Listen
Play
1y


Źródło: Pixabay


Dobry wieczór.

Spałam w sumie nieźle. Ostatnio zasypiam bardzo głęboko. Tak bardzo, bardzo. Przez to mam trochę problem ze wstawaniem na budzik, ale nie przeszkadza mi to. Wolę mieć trochę trudniejszy poranek niż przeżywać takie katusze z bezsennością jak przeżywałam ostatnio. Dzisiaj spałam około 7 godzin, z małymi pobudkami, ale dość marginalnymi. Widzę tu duży progres, ale obym nie zapeszyła.

Od samego rana czułam stres przed rozmowę rekrutacyjną, którą dzisiaj miałam. Firma jest na wygnajewie i nie miałam jak dojechać, więc poprosiłam tatę o pomoc. Tata mnie podrzucił, ale nie mógł zostać i czekać, więc dał mi kasę na taksówkę, żebym spokojnie i bezpiecznie wróciła do domu. Dał mi 150 zł, bo ni cholery nie wiedzieliśmy ile ta taksówka może wynieść. Przykro mi, że muszę go prosić o pomoc. I to tak mega. Wolałabym, żeby to on miał we mnie oparcie, a nie, że ciągle trzeba mi pomagać.

Byłam w firmie dość szybko, bo rozmowa była na 11, a ja byłam już koło 10:40 w salce konferencyjnej. Trochę miałam nadzieję, że pani z HR przyjdzie szybciej, ale nie, weszła z panią kierownik punkt 11. No nic. Ogólnie rozmowa trwała godzinę. Pierwszy raz w życiu miałam tak długą rozmowę kwalifikacyjną. Była też dość szczegółowa. Bardzo szczegółowo musiałam opowiedzieć o swoim doświadczeniu zawodowym, ambicjach, wartościach, problemach jakie do tej pory rozwiązywałam, systemach jakie znam, sposobie zarządzania ludźmi i tak dalej i tak dalej. Nigdy nie byłam aż tak maglowana na żadnej rozmowie. Było to ciekawe doświadczenie, ale.. nie na ten czas. Dałam z siebie moje aktualne 110%, ale myślę, że wypadłam źle. Dodatkowo oni szukają kogoś na już, ja mam miesięczny okres wypowiedzenia no i myślę, a wręcz jestem pewna, że to też będzie cegiełka, która sprawi, że przegram tę rekrutację. Wyszłam wymęczona intelektualnie strasznie i byłam mocno przybita, bo warunki w tej pracy są ciekawe, nie jakieś tam hip, hip, hura, ale akceptowalne, socjal dość ciekawy, więc no chciałabym, ale wiem, że nic z tego nie wyjdzie. Bardzo mi było przykro, ale no co mam zrobić. Szukam dalej.

Zadzwoniłam po taksówkę i czekałam 20 minut i jeszcze musiałam pana nawigować takie to wygnajewo. Z panem taksówkarzem rozmawiało się po drodze fajnie. Zdradził mi swoje zarobki to myślałam, że się przewrócę. 14k. I to z taksometru. Pytanie ile lewizny, bo nie oszukujmy się, w tej branży każdy leci z lewizną. Wiem, pracowałam, znam też innych, więc wiem co mówię. Zrobiło to na mnie serio wrażenie, bo nawet odprowadzając koszty działalności gospodarczej to i tak zostaje przyjemna kwota moim zdaniem. W każdym razie za kurs wyszło 50 zł. Zapłaciłam, poszłam do domu i napisałam do taty jak mi poszło i w ogóle i napisałam mu, że jutro mu podrzucę tę stówę, bo dzisiaj naprawdę już nie mam siły ruszać się z domu, ale tata kazał mi ją sobie zostawić. Niewiele brakowało, a poleciałaby mi łza ze wzruszenia, bo ten czas jest naprawdę ciężki, a ja jeszcze w tym miesiącu wydałam dużo na głupoty, na które nie powinnam wydawać.

Poszłam nabijać kroki z psem, trochę się pokręciłam po mieszkaniu i zadzwoniła koleżanka jak to zawsze jak wraca z pracy. Przyjemnie pogadałyśmy chociaż próbuje mnie wygonić do lekarza, do którego ja wcale nie chcę iść. Wiem, że powinnam, bo zdrowie, a może się okazać, że i życie, ale no nie. Na ten moment nie jestem gotowa, żeby się z tym zmierzyć. Jeśli się okaże w sierpniu, że faktycznie mam mutację genetyczną BRCA to wtedy pójdę. Do tego momentu nie chcę sobie zawracać tym głowy.

Wieczorem zgodnie z postanowieniem poszłam pobiegać. W myśl zasady, że jak rozruszam ciało to może i moja głowa w końcu się pozbiera, bo ciało aktualnie nie jest moim problemem poza tym, że istnieje, a mogłoby przestać. Problemem jest głowa. No więc poszłam pobiegać. Tempo jak to u mnie, ludzie szybciej chodzą, ale dałam z siebie wszystko. Byłam w szoku, bo tylko raz przeszłam do marszu. Biegam tak wolno, że zegarek pokazuje, że na początku trochę maszerowałam, ale nie, maszerowałam tylko raz w drugiej połowie biegu. I raz stanęłam dosłownie na ułamek sekundy, żeby hulajnogę przepuścić. No więc w każdym razie bieganie spełniło swoją funkcję: przez łącznie około godzinę nie miałam niepokojących myśli. Nie wyluzowałam się, nie poczułam się lepiej, ale sam fakt, że przez około godzinę nie myślałam o śmierci był zbawieniem dla mojej głowy. Byłam tylko ja, muzyka i próba kontry do myśli o śmierci, bo próbowałam się za wszelką cenę przy tym życiu utrzymać co przy zadyszce jaka mnie spotkała nie było takie łatwe. Wierzę, naprawdę bardzo głęboko wierzę, że jak na siłę rozbujam ciało to w końcu głowa za tym pójdzie i zacznie wydzielać serotoninę, dopaminę czy czego mi tam teraz trzeba. Bardzo, ale bardzo w to wierzę. Być może gadam bzdury i być może za parę tygodni faktycznie wyląduję w szpitalu, nie wiem, ale chcę jeszcze raz zawalczyć. Mam leki, mam terapię, mam bliskich, to może jak dorzucę jeszcze cegiełkę w postaci ruchu to będzie lepiej. To nie jest łatwe. Całe dnie leżę i nic nie robię, bo nie mam na nic siły. Mieszkanie tak zarasta brudem, że szok. Fakt, że się zmobilizowałam i wprawiłam swoje ciało w ruch jest dla mnie niebywałym osiągnięciem. Strasznie się cieszę, strasznie.

image.png

image.png

image.png

image.png

No i tyle. Czekam aż mi się rozmrożą owoce do owsianki, zrobię sobie wielką michę żarcia, żeby uzupełnić ostatnie kalorie dzisiejszego dnia i idę spać. Ciężki to był dla mnie dzień, bardzo ciężki. Aha i jeszcze poprosiłam przyjaciółkę, żeby wygospodarowała jakiś wieczór, bo chcę się z nią spotkać. Wierzę, że na żywo uda nam się łatwiej wyjaśnić pewne tematy. No więc wracając jestem wyczerpana intelektualnie, emocjonalnie i fizycznie. Ultra combo. Do tego muszę wziąć leki, bo już zaczynają mnie zalewać myśli, których nie chcę i mieć nie mogę. To minie, wiem, że to minie i odrodzę się na nowo. Kurczowo trzymam się tej myśli i pozwala mi trwać. Tylko brać leki, dbać o siebie na tyle na ile mam siłę i nie zrobić żadnej głupoty i będzie dobrze.

Do jutra.

Dziennik #209/2025 - cyk, cyk | Ecency