Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Jak na mój aktualny stan spałam nieźle. A jaki jest mój stan? Zły. Bardzo zły. Spałam dość krótko, bo gdy tylko kładłam się do łóżka i zostawałam sama w ciszy ze swoimi myślami to byłam miażdżona myślami rezygnacyjnymi. Myśli rezygnacyjne to takie myśli w stylu nie chcę tak dalej żyć i tak dalej. To nie są myśli samobójcze z zamiarem ich spełnienia. Więc jest jakiś tam mały progres.
Wstałam rano, poszłam z psem na spacer i pojechałam do psychiatry. Myślałam, że będę długo czekać, bo nie byłam umówiona tylko to była wizyta nieplanowana, więc miałam wejść między pacjentami. Na szczęście weszłam jako druga, więc spoko. U pani doktor po prostu się totalnie rozsypałam. Przyznałam się jej nawet do tego, że prawie ostatnio kupiłam fentanyl z zamiarem odurzania się, żeby nie czuć i nie myśleć. Bardzo się zmartwiła. Wypisała mi zwolnienie lekarskie, zmodyfikowała leki [za tydzień kontrola] i wypisała mi skierowanie do szpitala psychiatrycznego, na który dość mocno naciskała. Ja się bardzo boję. Bardzo. W sensie szpitala. Boję się złego traktowania, bycia warzywem od leków, rozłąki z psem. Nie wiem czy jestem w stanie sobie z tym poradzić. Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, ale chyba chcę na razie spróbować poradzić sobie będąc w domu choć nie wykluczam, że w przypadku braku poprawy zdecyduje się na ten krok.
Źródło: fotografia własna
Po wizycie u pani doktor pojechałam do poradni psychologicznej na diagnozę. Byłam bardzo zestresowana, ale miałam jeden cel: totalna szczerość do szpiku kości. Chyba pierwszy raz byłam tak bardzo szczera z psychologiem. Popłynęły łzy, głos się łamał, ale powiedziałam jej wszystko co tylko przyszło mi do głowy. Pierwszy raz komuś się przyznałam, że nie mogę się pozbierać po śmierci Maca Millera, że bardzo płaczę i to przeżywam. To było dla mnie trudne doświadczenie. Bardzo trudne. Tym bardziej, że jestem w kompletnej rozsypce. Pani psycholog zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Bije od niej jakieś takie ciepło i wyrozumiałość. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć, po prostu takie odniosłam wrażenie. Zadawała fajne pytania i odniosłam wrażenie, że naprawdę chce mnie poznać, żeby mi pomóc. W internecie też ta pani ma bardzo dobre opinie i mam poczucie, że nie wzięły się znikąd. Niestety poinformowała mnie, że czas czekania na terapię to około 1,5 roku i za bardzo nie ma możliwości, żeby sobie wybrać do kogo się zapiszę. Zmartwiło mnie to bardzo. Chciałabym z nią pracować. Powiedziała, że widziała moje skierowanie, że jest na cito i żebym powiedziała to w rejestracji to może uda się parę miejsc wyżej zapisać mnie w kolejkę, ale no i tak ten rok z hakiem to minimum. Było mi bardzo przykro, ale co poradzić. Wszędzie takie terminy albo i dłuższe. Podziękowałam jej za rozmowę i poczłapałam się do rejestracji. Powiedziałam, że diagnoza spoko i mam skierowanie na cito i chciałabym się zapisać w kolejkę oczekujących. I wiecie co? I pani rejestratorka do mnie mówi, że właśnie miała obdzwaniać osoby z listy rezerwowej, bo zwolniło się miejsce właśnie u tej pani psycholog, u której byłam, ale skoro ja mam skierowanie na cito to nigdzie nie będzie dzwonić i od przyszłego tygodnia zaczynam terapię. Rozumiecie to? Nie 1,5 roku, nie 2 lata. TYDZIEŃ. Myślałam, że pani sobie ze mnie żartuje, ale nie. To była prawda. Normalnie poleciały mi łzy. Pani rozpisała mi trzy najbliższe wizyty i od przyszłej środy będę się spotykać z panią Asią, która zrobiła na mnie tak dobre wrażenie. NIE WIERZĘ. Ktoś ewidentnie nade mną czuwa i nie chce, żebym się poddała.
Wróciłam do domu jak na skrzydłach. Nadal mi źle i ciężko, ale fakt, że już za tydzień rozpocznę proces terapeutyczny bardzo mnie ucieszył. Wiem, że poza farmakoterapią bardzo potrzebuję pracy z psychologiem i nie umiem wyrazić mojego szczęścia, żeby opisać co czuję. Przez ostatnie tygodnie byłam w czarnej dupie i się w niej urządziłam, a dzisiaj pojawił się we mnie cień nadziei, że z tej dupy wyjdę. Wiem, że zanim cokolwiek zacznie się zmieniać na lepsze to minie w najlepszym przypadku kilka miesięcy, ale to wciąż kilka miesięcy, a nie dwa lata. Szok.
Musiałam się chwilę położyć, bo nadmiar emocji i taka swego rodzaju huśtawka emocjonalna bardzo mnie wykończyła. Pieseł się przytulił, ja się opatuliłam kołdrą i zasnęłam. Wstałam i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Napisałam do przyjaciółki jak sytuacja moja się prezentuje i w odpowiedzi dostałam "nie wiem co powiedzieć". Bardzo mnie to dotknęło i nie chcę się już otwierać. Po prostu.
Zadzwonił do mnie kolega. W sumie przyjaciel z dzieciństwa. Znamy się z 25 lat. Straciliśmy kontakt tak naturalnie, inne szkoły, inne towarzystwo i tak się czasem zdarza, że kontakt się urywa. Z trzy lata temu jakoś przypadkiem się spotkaliśmy i poczułam się jakbym się cofnęła do lat gówniarskich. W takim pozytywnym sensie. Ten kontakt był jednak jaki był, bo ja nie chciałam się wtryniać w jego życie, bo żona zaborcza i zazdrosna. Jednak teraz się rozwodzi, przeprowadził się blisko mnie i zaprosił na kawkę. Nie miałam jakoś szczególnie ochoty na spotkania towarzyskie, ale stwierdziłam, że tak zupełnie od świata też nie mogę się izolować, więc poszłam. Był jeszcze nasz wspólny kolega i naprawdę fajnie spędziłam czas. Chłopaki pili piwo, ja wodę z sokiem i przez chwilę chociaż udało mi się zapomnieć o syfie, w którym żyję. Otworzyłam się też przed Marcinem na to co się ze mną dzieje w ostatnim czasie i bardzo mnie wsparł. Wyszedł z inicjatywą, że może byśmy razem zaczęli chodzić na siłownię albo robić cokolwiek innego i bardzo mi się ten pomysł spodobał. Nie wiem czy do siłowni się zmuszę, ale może wspólne bieganie? No zobaczymy. Fajnie, że nasza relacja jest dokładnie taka sama jak była 10 czy 15 lat temu. Że wciąż mamy ten fajny, wspólny vibe. Bardzo mi go przez lata brakowało i mam nadzieję, że już będzie w moim życiu. Serio.
Źródło: fotografia własna
Wróciłam do domu i skrobię te słowa. Czeka mnie jeszcze spacer z psem, ale mam dość silne lęki i bardziej mi służy spacer koło 23 czy nawet 24 kiedy nie ma na dworze ludzi. Po prostu boję się spotykać ludzi. Nie walczę z tym. Na razie skupiam się na tym, żeby przetrwać, po prostu. Na walkę jeszcze przyjdzie czas. Krok po kroku zacznę się dźwigać, ale muszę być dla siebie wyrozumiała. Z tak ciężkiego epizodu depresyjnego nie da się podnieść w ciągu kilku dni. To wymaga czasu, cierpliwości i miłości do samego siebie. I o ile daleko mi do kochania własnej osoby tak chcę się postarać być odrobinę mniej wymagająca wobec siebie. Małymi kroczkami, do przodu. Wrócę do życia, na pewno.
Do jutra.