Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Trudny to był dla mnie dzień. Miałam w pracy trudną rozmowę z pracownikiem, ale nie w sensie dyscyplinarnym, że coś nawywijał tylko w takim sensie, że chłopakowi wali się świat na głowę i po prostu potrzebował pogadać. Bo gdzieś tam pojawiły się jakieś nieobecności, więc musiałam zareagować i wziąć go na rozmowę, że no to tak nie może być no i rozmowa była po prostu trudna. Ciężko się patrzy na człowieka, który się po prostu rozpada. Zaproponowałam mu pomoc na jaką jako przełożona mogę sobie pozwolić i tyle, nic więcej nie mogę dla niego zrobić. Zawsze walczę o swoich ludzi. A każdy ma prawo mieć trudny czas zwłaszcza kiedy spadają na niego trudne do dźwignięcia problemy. Chociaż drugą strona medalu jest to, że czuję, że zbudowałam fajny zespół. Jest dla mnie ważne, że moi ludzie wiedzą, że mogą do mnie przyjść po pomoc i ja im pomogę. A nawet jeśli nie będę mogła pomóc to przynajmniej nie będę im utrudniać życia. W niedzielę też przyszedł do mnie jeden pracownik pogadać, że wjebał się w poważne problemy finansowe i czy możemy mu pomóc w kontekście, że nie chce podwyżki ani nic tylko chce więcej pracować. Jest to trudne, bo jego forma zatrudnienia ma bardzo dużo obostrzeń, ale walczę. I zrobię wszystko, żeby chłopakowi pomóc. Już poruszyłam HR, kierownictwo, już nawet w głównej siedzibie firmy wiedzą, że mamy gościa, któremu trzeba pomóc. Trzeba i koniec.
Dziwnie znoszę zmodyfikowane leki. Ciągle chce mi się spać. Jestem bardzo senna i zamulona. Wieczorem nawet nie mam mocy siedzieć przy kompie czy robić czegokolwiek. Przypierdalam ryjem o poduszkę i śpię. I śpię po 10 - 12 godzin. I wstaję tak zamulona, że rano to się w ogóle czuję jak na bombie. I rano w ogóle mam takie śmieszne stany, bo mój mózg jest już obudzony i jest na pełnych obrotach, bo on zawsze jest na pełnych obrotach, ale moje ciało kompletnie ze mną nie współpracuje. Więc zawijam się dalej w kokon z kołdry i drzemię praktycznie do czasu wyjścia do pracy. I zaczęłam jeść. I to nawet sporo. Dzisiaj do czasu wyjścia do pracy [12:45] zeżarłam trzy posiłki, a do niedawna tyle jadłam tygodniowo. W pracy podziubałam trochę słodyczy, żeby podnieść sobie cukier. I cholernie, ale to cholernie boli mnie głowa. Tragicznie wręcz. A, no i ustały wymioty. Od niedzieli nic. Psychicznie nadal szoruję po dnie i to strasznie, ale sam fakt, że po pierwsze śpię, a po drugie jestem w trybie totalnego slow motion i większość demonów mam wyciszonych sprawia, że jakoś trwam. I nie rozumiem tego. W sobotę nie zmieniono mi leków. Żaden dyżurny lekarz by na to poszedł nie znając mnie, ale na podstawie dokumentacji [no bo jakoś musiałam udowodnić, że choruję i jakie leki biorę] tak mi laska zmodyfikowała sposób brania ich, że po prostu trwam i nie jestem dla siebie zagrożeniem. Więc po ostatnich tygodniach ja to odbieram jako poprawę, bo ja wolę naprawdę pół doby spać, ciągle ziewać i ledwo trzymać się na nogach momentami niż żyć w tym w czym żyłam ostatni czas. Dla mnie to poprawa. Docelowo nie da się tak żyć, wiadomo, ale ja czuję ulgę. Czuję ulgę, bo śpię, czuję ulgę, bo nie wymiotuję 20 razy dziennie, czuję ulgę, bo jem, czuję ulgę, bo nie zalewają mnie uczucia tak silne, że nie mogę sobie z nimi poradzić i potem dzieją się ze mną złe rzeczy. I jak to jest, że obcy mi lekarz nie znający mnie potrafi dać mi ulgę po prostu modyfikacją leków, a moja pani doktor, do której chodzę od 6 lat przez 1,5 roku nie potrafi mnie dźwignąć z kolan nawet na 1cm. Nie rozumiem tego. Po prostu tego nie rozumiem i wywołuje to we mnie trochę frustracji.
Skubnę jeszcze jakąś kolację i idę spać, bo zaczynam się podpierać nosem przed klawiaturą. Od jutra [w sumie już dzisiaj] muszę się bardzo skupić w pracy, bo mam parę istotnych rzeczy do zrobienia, więc będzie mi łatwiej jak się wyśpię. Chociaż w aktualnym stanie wywołanym przez leki nie wiem czy umiem być wyspana. Ale jest git.
Do jutra.