Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Noc była trudna. Nie mogłam spać. Dużo uczuć i dużo myśli, z którymi nie mogłam sobie poradzić. Jakoś koło 3 już w ogóle wstałam z łóżka, bo przewalanie się z boku na bok tylko mnie rozdrażniało. Najbardziej w tym wszystkim aktualnie dotyka mnie perspektywa straty najważniejszej osoby. A stracę ją jeśli się nie uspokoję i nie przestanę rozrabiać więc wniosek jest jeden i prosty: uspokajam się i przestaję rozrabiać. Żywię głęboką nadzieję, że dzięki temu też będzie mi się łatwiej podnieść z depresyjnego dołu. I póki jeszcze mam w sobie te resztki nadziei to powalczę. Rano musiałam choć to złe słowo, ale nie mam lepszego zmierzyć się z tym jak na moją autodestrukcję patrzy człowiek, którego kocham i było to trudne, po prostu. Jednak rozumiem co do mnie mówi i zrobię z tym porządek. Postaram się najlepiej jak umiem.
W pracy ogień przebrzydły, ale ja to lubię, więc nie narzekam. Dobrze było wrócić. Bardzo dużo energii włożyłam dzisiaj w to, żeby się nie rozpaść, żeby się uśmiechać i śmieszkować jak zawsze, ale kompletnie nie jest mi do śmiechu. Jest mi ciężko, jest mi trudno, jest mi źle i bardzo się boję. Dzień minął mi ekstremalnie szybko pomimo tego, że byłam w pracy prawie 10h. Nawet nie zdążyłam iść na przerwę, byłam tylko na kilku fajkach z czego 90% z nich to i tak było po prostu rozmawianie z kimś na tematy zawodowe, które i tak mieliśmy do przegadania. Myślę, że ten dzień był dobry, produktywny, ale cholernie ciężki i wyczerpujący.
Po pracy porozmawiałam trochę z przyjaciółką i po spacerze z psem i prysznicu walnęłam się do łóżka. Cholernie bolą mnie plecy, bo się dzisiaj naprawdę nabiegałam, ale to nic. Poleżałam i było trochę lepiej i co ciekawe udało mi się zasnąć jednak dosłownie po 20 minutach obudził mnie hałas pod blokiem i tyle było z mojej drzemki - wstałam jeszcze bardziej zajebana mułem niż się kładłam.
Nie byłam dzisiaj produktywna, ale też w sumie nie miałam takiego zamiaru. Walnęłam się pod kocykiem [chyba ze zmęczenia mi zimno, nie wiem] i oglądałam Teorię wielkiego podrywu. Co zaskakujące kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem. Mimo wszystko nie czuję się dobrze tym bardziej, że zawsze gdy nadchodzi noc mam pogorszenie samopoczucia, ale przetrwam. Idę zaraz na spacer z moim farfoclem, potem spróbuję coś zjeść i po wzięciu leków spróbuję się położyć. Według mojej pani doktor leki, które mi zleciła mają mi pomóc spać, ale z uwagi na kompletną utratę zaufania do niej nie mam za dużej wiary w to. Miałam też dzisiaj wykupić nasenne, które mi zapisała, ale nie zrobiłam tego. Przestraszyłam się, że wezmę więcej niż mi zapisała i odpuściłam, po prostu. Może jutro, zobaczymy. A może mix, który mi wymyśliła połączony z przeogromnym wyczerpaniem organizmu pozwoli mi dzisiaj spać - nie wiem.
Czuję dużo rzeczy, których czuć nie chcę, bo trudno mi je dźwignąć, ale nie poddam się.
Do jutra.