Źródło: fotografia własna
Dobry wieczór.
Krótko chyba dzisiaj będzie, bo jestem już nieźle zmęczona i marzę o tym, żeby się położyć.
Wstałam o piątej rano. Miałam w tym konkretny cel. Wypiłam kawę i pojechałam do Biedronki na zakupy. Wstyd mi się przyznać, ale kupiłam w promocji karmę Pedigree dla psa. Wiem, że to syf i powinnam mu kupować jakościowe karmy, ale po prostu nie mam na nie pieniędzy. Dlatego pojechałam tak wcześnie rano na zakupy, ponieważ nie chciałam, żeby ktoś mnie widział i mi wypominał, że karmię psa Pedigree. Mam wyrzuty sumienia, ale co mam zrobić skoro nie mam kasy? Głodzić go? Oddać? Robię wszystko, żeby miał jak najlepsze warunki.. Zrobiłam solidne zakupy, dwie reklamówki. Sporo wydałam, ale też na sporo czasu owe zakupy mi starczą także luz. Potem tankowanie, zapłacenie za mieszkanie i powrót do domu.
Po powrocie tylko rozpakowałam zakupy, pomroziłam mięso i zabrałam psa na spacer. Miałam ambitny cel, aby zrobić długi spacer i w istocie taki był, ponieważ nabiłam około 5k kroków. I to takich fest kroków, bo Garmin nie jest pobłażliwy i nie nabija ich, gdy się nie ruszam. Pospacerowaliśmy po parku w ciszy i spokoju. Tzn. ciszy niezupełnie, bo miałam słuchawki, ale nie było ludzi dookoła i było bardzo miło.
Ledwo weszłam do domu i dzwoni mi telefon służbowy. Odbieram, a ten ten gość co pisałam wczoraj, że tak mnie wkurza, że o Paulina trzeba zrobić to i tamto. Warknęłam na niego, że mam urlop i się rozłączyłam. Podnosi mi ta praca ciśnienie ostatnio strasznie. Wyciszyłam się przy śniadanku, a potem poszłam spać i choć nie mogłam za bardzo usnąć to sam fakt, że sobie po prostu poleżałam i chillowałam dobrze mi zrobił szczególnie na głowę.
Po pobudce ubrałam się i poszłam do pasażu handlowego, żeby znaleźć prezent dla przyjaciółki. Widzimy się w święta i ona urządza się na nowo w domu po śmierci mamy i chciałam jej dać coś miłego. Byłam pewna, że nic nie znajdę z powodu bardzo ograniczonych funduszy, ale za 10 złotych znalazłam małego, białego słonika. Pomyślałam, że to może być dobra wróżba na nowy rozdział w życiu i że może przyniesie jej szczęście. Potem poleciałam do weterynarza po tabsa na kleszcze i odrobaczanie i wróciłam do domu. Nie robiłam totalnie nic konkretnego. Coś tam obejrzałam na YT, coś tam poczytałam na bieganie.pl, po prostu chillowałam jak na dzień wolny przystało.
Wieczorem pojechałam na miting dla hazardzistów. Byliśmy w cztery osoby. Grupa dopiero zaczyna swoją działalność, więc to całkiem fajna frekwencja. Niestety kolega przekazał nam informację, że jeden z nas popłynął. Przykro mi się zrobiło, bo znam tego chłopaka już kilka lat i bardzo mu kibicowałam. Nałóg to podstępna choroba. Sam miting był bardzo fajny. Porozmawialiśmy z chłopakami o sensie życia i jego poszukiwaniu, robieniu rachunku sumienia i sile wyższej. Na sam miting weszłam strasznie sflaczała, a spotkanie dodało mi fajnej energii do życia.
Po powrocie do domu i kolacji nie mam już na nic siły i mam ochotę iść spać. To był bardzo intensywny dzień dlatego tym chętniej po prostu odpocznę. Mam w tym tygodniu jakiś niedobór snu, ewidentnie. Obmyśliłam sobie nowy plan tygodnia:
Poniedziałek - trening
Wtorek - wolne, ale kroki
Środa - trening
Czwartek - trening
Piątek - wolne, ale kroki
Sobota - trening
Niedziela - pełna regeneracja
Przez pełną regenerację rozumiem leżenie brzuchem do góry. Spacery tylko z psem, żadnego ścigania się z licznikiem kroków. Pasywny odpoczynek. Będę miała okazję przetestować to jeszcze w tym tygodniu, bo według tego schematu lecę sobie od poniedziałku i zobaczymy jak on się sprawdzi. Myślę, że taki dzień bez aktywności fizycznej pod jakąkolwiek postacią dobrze mi zrobi i wpłynie pozytywnie na moją regenerację po tygodniu pracy i treningu. No, ale zobaczymy. Nie jestem ekspertem, dopiero zaczynam i próbuję robić wszystko z głową. Tyle się dzisiaj naczytałam o regeneracji, że przejęłam się nią bardzo, a przejęłam się jeszcze bardziej, gdy dotarło do mnie, że jeśli się zajadę, jeśli ciągle coś mnie będzie boleć, jeśli będę przemęczona to po prostu wymięknę. Póki co jestem dobrej myśli choć bardzo boję się treningów w przyszłym tygodniu, ponieważ plan radykalnie przyśpiesza i to tak bardzo, że zakrawa to na jakieś szaleństwo. Biegam tempem 10 min / km i do tej pory miałam biegać na raz przez 7 min, a tu nagle plan w środę każde mi przebiec 1,6km, a w czwartek 2,4km. Przecież to jest niewykonalne. Nie rozumiem założeń tego planu. Mimo wszystko dam z siebie tyle ile będę mogła, ale demotywuje mnie taki nagły skok poziomu. Zobaczymy co to będzie.
Nie wiem czy zauważyliście, ale ostatnio mam tu wybitne wręcz słowotoki, sorki.
Lecę spać, bo jutro chciałabym wcześnie rano wstać, bo jakoś najbardziej lubię trenować rano. Bananek, kawka, trening i dzień jakoś tak przyjemnie się zaczyna.
Do juterka.