Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Mam slow motion jeśli chodzi o funkcjonowanie mojego ciała. Znowu spałam jakąś kosmiczną ilość czasu. Czy to ciało się regeneruje po ostatnich tak ciężkich tygodniach? Czy może zaczęły działać leki, które w końcu zaczęłam prawidłowo brać [hehehe]? Kładę się do łóżka, trochę trząchają mnie lęki przed śmiercią, ale zasypiam i śpię jak niedźwiedź. A mój mały kudłaty niedźwiedź razem ze mną, bo wczoraj spałam 16h, dzisiaj 14 czy tam 15 i Pako twardo mi towarzyszył w wylegiwaniu się pod kołdrą. Jak wstałam w końcu to on i tak był jeszcze bardziej leniwy niż ja.
Moja przyjaciółka nazywa towarzystwo, w którym się obracam i najdelikatniej mówiąc nie lubi ich nazywa ich "śmietanką" no i ja się próbuję z ową śmietanka rozstać. Po to, żeby się już nie musiała martwić, że odpierdolę coś, czego nie da się cofnąć. No i to rozstanie niby jest w trakcie, ale jest mi ciężko. Nie chodzi o używki czy coś, bo ja narkotyki brałam z innego źródła, bo nie sram we własne gniazdo, ale po prostu jest mi z tym trudno. Brakuje mi robienia głupot, adrenaliny, śmiechu, rozpierdolu. Niemniej jednak taką podjęłam decyzję i będę się jej trzymać. Pora dorosnąć i uprzątnąć burdel w jakim żyłam.
Taki nijaki dzień. Niby jestem, trwam, coś tam się śmieję, ale coś mnie uwiera i nie wiem co. Czuję jakieś takie mikro drgania nastroju, ale jeszcze nic złego się nie dzieje, ale ja już w pełnej gotowości, że może być rozpierdol. Jeszcze do mnie zadzwoniła znajoma, że jakiś tam gwiazdor popełnił samobójstwo przez dwubiegunówkę i ojeju co będzie jak ja to zrobię. Nic nie będzie, co ma być? Nie chcę słuchać takich rzeczy, bo próbuję się za wszelką cenę utrzymać na powierzchni, więc taktownie okłamałam ją, że pada mi bateria i się rozłączyłam. Serio moja choroba jest jedynym co mnie określa?
Coś tam powoli udaje mi się w miarę sensownie jeść. Tylko, że to wszystko jest jeszcze w formule dwa kroki do przodu, trzy w tył, ale nie łamię się, nie poddaję tylko dalej sobie tuptam do przodu. Wierzę, że moja aktualna ciężka praca zaowocuje w końcu stabilizacją zdrowia psychicznego. Nawet jak nie dla siebie to dla moich bliskich.
Dużo dzisiaj płakałam, bo mi parę rzeczy rozdziera serducho i tak jak zawsze jestem bardzo powściągliwa tak dzisiaj puściło mi po prostu wszystko i wyłam jak dziecko. Ja już nie wiem czy mam myśli samobójcze dlatego, że choroba podszeptuje mi szatańskie rozwiązania czy po prostu jestem już tak realnie zmęczona tym co czuję i przeżywam od stycznia 2025. Nie mam zielonego pojęcia.. Ale tak. Jestem zmęczona. I mam dość. Po prostu. Ale jeszcze walczę.
Do jutra.
PS. Dla urozmaicenia sobie czasu zaraz zrobię sobie herbatę i siadam do Kingdome Come. Raz już gierkę przeszłam, ale nie na 100%, a taki teraz jest mój cel. Ponoć czeka mnie koło 120h dobrej zabawy, więc jazda. Lepsze grabienie wieśniaków w gierce niż wyprawa do kasyna czy na balety. Amen.