Źródło: Pixabay
Dzień dobry.
Kilkoro z Was do mnie pisało. Czy żyję, kiedy wrócę. Żyję, ale co to za życie.. 17:30 zaczynam pisać wpis, ciekawe, o której skończę.
W sumie nie wiem od czego zacząć.
Wasza Paula się zakochała. Pierwszy raz od 2018 roku, odkąd odszedł mój partner. Chyba dalej coś ze mną nie tak, bo mam straszne poczucie winy z tego powodu. W każdym razie są wzloty i upadki i brak mi na ten moment kompletnie wiary w to, że cokolwiek z tego będzie, ale aktualnie brak mi wiary w cokolwiek, więc nie jestem wiarygodna w swojej ocenie. Mam też dużo lęków, bo jak sobie przypomnę ten rozpierdol w 2018 to.. Nie jestem gotowa na stratę. Poza tym odpala mi się cały czas mój żywot singla i niechęć do dzielenia życia z kimkolwiek co budzi bardzo dużo napięć, bo mój wybranek jest dobrym, normalnym człowiekiem, który chce stabilizacji, a nie chaosu, który ja wnoszę. Nie chcę czuć do tego człowieka tego co czuję od no dobrych kilku tygodni. A może i już miesięcy. Nie lubię być w związku nawet gdy jestem szaleńczo zakochana. Nie lubię dzielić z kimś życia nawet gdy jestem szaleńczo zakochana. Ostatnio gdy byłam zakochana to Waldek miał ze mną tak przejebane, że się nie dziwię, że się zawinął na tamten świat. Spłonę w piekle obok niego za takie teksty.
Jestem aktualnie bardzo przepracowana. Teraz pracowałam siedem dni pod rząd. Każdy dzień około 9 godzin nie licząc tego co czuwałam i robiłam w domu. Jeśli w tygodniu pracujesz 60+ godzin no to już jest fajnie. I jestem z tym mocno rozchwiana, bo z jednej strony bardzo chciałabym odpocząć, ale z drugiej strony, gdy tylko wracam do domu i zostaję sama ze swoimi demonami to jest bardzo źle. A w pracy jeszcze jakoś żyję. Spełniam się w niej pomimo tego, że jest mi ostatnio bardzo ciężko. Może inaczej. W samej pracy nie jest mi ciężko, bo ją szczerze kocham i rozpierdalam w niej, ale fizycznie jest mi ciężko. Dużo wymiotuję, bardzo mało śpię, bardzo mało jem i jest to mix, który ostatnio daje mi trochę popalić, ale no co zrobić.. Lepiej to już było. Wczoraj jak byłam w pracy to zostałam wyściskana przed dyrektora logistyki i tak pochwalona, że chyba spaliłam buraka. Daje mi to siłę, żeby jeszcze żyć, żeby jeszcze się starać. W poniedziałek mam rozmowę z głównym kierownikiem na temat rzeczy, które mi się nie podobają aktualnie. Mamy godzinnego slota i agendę na 19 punktów więc chyba łatwo się domyślić, że będzie się działo.
Jestem aktualnie w epizodzie mieszanym mojej jakże wspaniałej choroby. Wywala mi hipomanie kilkugodzinne tylko po to, żebym po tych kilku godzinach wyjebała się na ryj w głęboką depresję. Co do zasady ja się hipomaniami nie przejmuję. W sensie no tak, są groźne, ale to nie mania i mam w nich jeszcze świadomość umysłu i czasami, a nawet często udaje mi się to katalizować. Najczęściej w pracy. Praca jest moim lekarstwem. Spalam się w niej. Ale jak następuje zajebanie ryjem o glebę, bo wchodzi depresja to jest ciężko. Bardzo. Są momenty, że mam myśli samobójcze. Zapierdalam autem i marzę, żeby coś się w nim rozjebało i żebym i ja się rozjebała o jakieś drzewo, ale Wiking ma się nieźle. I tak sobie trwam. Bo życiem nie można tego nazwać. Po prostu trwam. Jestem, uśmiecham się, pracuję, staję na rzęsach, żeby każdy był ze mnie zadowolony, a kiedy przychodzi wieczór i zostaję sama ze sobą to rozpadam się na pojedyncze atomy, płaczę i mam ochotę zniknąć i już przestać cierpieć. Jestem chyba w najmroczniejszym momencie mojego życia. Nigdy nie miałam tak długo tak ciężkiego epizodu depresyjnego. Aktualny trwa jakoś od maja 2025. I nie wiem jak mam się dźwignąć. Każdy ode mnie oczekuje, że w końcu mi się poprawi, a ja nie wiem jak mam to zrobić, więc albo się izoluję i nie odzywam albo udaję, że jest wszystko w porządku, bo nie mam już siły tłumaczyć, że nie wiem dlaczego cierpię, a nawet jak wiem to nie wiem jak to rozwiązać. Każdy chce rozwiązać moje problemy, ale czy je można rozwiązać? Wątpię. Oba rozwiązania łamią mi serce, bo czuję się kurewsko samotna. Chciałabym móc z kimś usiąść i wypluć wszystko to, co czuję i poprosić o pomoc, ale nie jestem gotowa na pomoc, która jest mi oferowana czyli farmakologia i szpital. To nic nie daje i nie chce mi się tego tłumaczyć.
Rozczarowuję wszystkich. I nie pomaga mi się to pozbierać. Nie spełniam oczekiwań pomimo tego, że staję na cyckach. Zresztą jak się pozbierać jak człowiek już nie ma wiary, że wstanie?
Dolegliwości fizyczne trochę zelżały. Trochę. Wyniki badań nerek są lepsze, bóle zelżały. Żebra w sumie spoko, nie ma co narzekać. Bóle żołądka praktycznie zaniknęły, ale zostały mdłości, które kilka razy dziennie prowadzą do wymiotów. To już chyba starość albo sama już nie wiem z jakiego powodu się sypię. Ogólnie są dni kiedy wyglądam chyba naprawdę bardzo kiepsko, bo ostatnio moja pracownica poprosiła mnie o rozmowę face to face i zapytała się mnie czy ciężko choruję, bo bardzo się o mnie martwią. Mam kochanych pracowników. Dostałam w tym tygodniu od nich worek słodyczy na poprawę humoru. Nie poprawiło mi to humoru, ale bardzo doceniam gest. Schudłam jakieś 8 czy 9 kg. Pamiętacie moje dzienniki z diety i treningów? I po co to było? Wystarczyło się rozsypać i masa spada sama.
Bardzo mocno zamykam się w swoim świecie. Jak już nie pracuje i nie spotykam się z Nim to leżę w fotelu i słucham muzyki. Muzyka jest dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie. Czuję ją całą sobą i tylko podczas jej słuchania i spotkań z Gosią jeszcze cokolwiek czuję. Bo tak to martwa cisza. Uciekam w muzykę. Nie umiem być w ciszy. Nie mogę być w ciszy, bo umysł wtedy wyprawia rzeczy, nad którymi ciężko mi zapanować. A tak katalizuję demony w muzyce i jakoś trwam..
Nie mam pojęcia jak mam żyć. Nie mam pojęcia po co mam żyć. Nie wiem już nic.
Mam na ręce tatuaż, który oznacza styraną życiem duszę, która próbuje złapać balonik, który jest synonimem dobrego życia. I jak go robiłam milion lat temu to sobie postanowiłam, że jak w końcu złapię stabilizację to będę go modyfikować. No kurwa nie zanosi się.
Mam w sobie pewnego rodzaju konflikt tragiczny, ponieważ kocham swoją inteligencję, kocham swój umysł. Przez to mam ego on top i nie ma na mnie chuja we wsi. To jedyne czym dobrym obdarzył mnie stwórca kimkolwiek on jest. Ale teraz czuję, że to mój wróg, bo to ciągłe analizowanie świata, które zwykle jest moją zaletą teraz ciąży mi w chuj. Wszystko boli, wszystko wywołuje spazmy, cierpienie, płacz, ból, pustkę, samotność, rozdrażnienie, stres. Kiedyś chyba w jakiejś książce, nie pamiętam, przeczytałam, że ludziom głupim żyje się lżej i myślę, że to jest kurwa prawda, bo mój poziom odczuwania świata i życia plus jego analizowanie powoli mnie zabija. A może wcale nie tak powoli?
Nie odbiorę sobie życia, bo obiecałam komuś najważniejszemu w moim życiu, że będę trwać i żyć, ale mam nadzieję, że kurwa dość szybko trafi mnie szlag. Chociaż znając moje (nie)szczęście życiowe to się będę szarpać do setki.
Z dobrych rzeczy: skończyłam spłacać karę za brak OC. I tyle w sumie.
Dostałam dzisiaj propozycję, aby wyjechać z miasta na kilka dni. I może to jest jakieś rozwiązanie.. Ja już kurwa nie wiem czego się chwycić. Naprawdę nie wiem. Łykam kolorowe pigułki, chodzę na terapię, chuja to wszystko daje. I nie dość, że jest źle to jeszcze czuję na sobie presję, że muszę się jak najszybciej pozbierać, bo się moim bliskim skończy do mnie cierpliwość. Jak i mi się już kończy. Czy w aktualnej sytuacji urlop wyjazdowy to dobry pomysł?
Słucham właśnie rapu na zajebiście mocnych bębnach, bragga, rapu z wczesnych lat dwutysięcznych i byłam taką śmieszną gówniarą z zajebistymi problemami, ale jeszcze nie byłam tak rozjebana jak jestem teraz. Ups. Dobrze, że jeszcze sztuka mnie rusza, chociaż czasami czuję, że jeszcze żyję. Chociaż nie chce mi się strasznie. W ogóle jak słucham takiego dobrego bragga to mi też od razu ego wyskakuje on top i to są te kilkunastominutowe odcinki życia, kiedy dźwigam się z mroku i czuję, że świat jest mój. A potem przypierdalam pyskiem w ziemię.
Gdybym miała opisać swój aktualny stan muzyką byłoby to:
Przyjaźń z Gosią trwa. I tyle.
Nie wiem co będzie dalej. W sensie wiem. No będę sobie trwać. Dziękuję Wam za każdą wiadomość. Za każdą zaczepkę. Za każdą dobrą myśl. Chyba nigdy w życiu tak bardzo nie potrzebowałam pomocy, wsparcia, rozmowy i obecności jak teraz. Dziękuję, że od tylu lat mogę sobie tu pluć sobą, a Wy jesteście. Jesteście większymi masochistami niż ja.
Oby do jutra.
Życie przestaje być koszmarem, gdy człowiek powie sobie: "Mogę się zabić kiedy tylko zachcę".
Emil Cioran
19:10.