Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Dwa tygodnie nie pisałam. Nie pisałam, bo mam tak ciężką mentalną zapaść, że nawet nie chce mi się strugać tych słów. Bo już nie mam w sobie wiary, że się podniosę.
Mam pełnowymiarową depresję. Nie mogę jeść, schudłam już prawie 10kg. Nie śpię. Męczą mnie derealizacje, bo mój mózg jest już zmęczony wszystkim co przeżywam i szuka resetu w odklejkach. Uciekam. Chowam się. Nadużywam substancji psychoaktywnych. Odstawiłam leki, bo już nie wierzę, że mi cokolwiek pomogą. Po prostu już brak mi wiary. Po ludzku się poddałam. Tak, po prostu po ludzku.
Moja dusza jest rozdarta na milion kawałków. I każdy ten kawałek krwawi. A ja sobie stoję i naprawdę próbuję żyć, ale już nie wiem jak i już mi minęły chęci do życia kompletnie.
I wczoraj gdy dostałam informację, że zmarł mój ziomek to mój świat po raz setny w tym roku rozpadł się na milion kawałków. Od wczoraj wykonałam do niego jakiś milion połączeń, bo mój mózg nie rejestruje informacji, że Konrada już nie będzie. Boże, w którego tak wierzycie, ile kurwa jeszcze? Ile jeszcze mam unieść jako zwykły śmieć?
Jestem nerwowa, bo mam dość. Nie radzę sobie z własnym życiem. Nie radzę sobie już z niczym. Jestem, bo obiecałam, że będę. I tyle ze mnie. Nikt nie widzi, że pod tą złością jest rozpacz. Dzień w dzień pół dnia płaczę. Ale na zewnątrz stoję twardo, bo tego ode mnie oczekują. Jestem kurwa zmęczona.
Chciałabym, żeby mnie już nie było.
Do kiedyś.