Dziennik #289/2024 - wyczerpanie lvl max

Words
810
Reading
4 min
Listen
Play
2y

Dobry wieczór.

Powiedzieć, że jestem wyczerpana to jak nic nie powiedzieć. Źle spałam i najlepiej to chyba oddaje wykres stresu z dzisiejszego dnia. Nawet przez sen byłam zestresowana, no to jak mam się czuć wypoczęta? Faktem jest, że jestem dzisiaj wręcz skonana. Dużo się działo i mój organizm mówi dość. Mięśnie mam tak pospinane, że autentycznie odczuwam ból podczas pracy ramion czy barków. No grubo jest, bym powiedziała w skrócie.

image.png

Wstałam nieprzytomna, ogarnęłam śniadanie, siebie, psa i pojechałam na terapię. Byłam pełna obaw jak będzie wyglądać grupa, ponieważ to były zajęcia z terapeutą, który tak na mnie ostatnio siadł. Ku mojemu zaskoczeniu było spoko. Temat bardzo ciekawy, ponieważ nadal poruszamy się w klimatach lęku i tym razem omawialiśmy ataki paniki. Ja takie prawdziwe, książkowe ataki miałam kilka razy w życiu i nie życzę tego gówna nikomu, serio. Dzisiejsza sesja pokazała mi, że można nad tym zapanować. Jest to trudne, ale można tego potwora ujarzmić i szczerze mówiąc nie wiem czy przez przypadek mi się to ostatnio nie udało. W zeszłym tygodniu jak byłam w sklepie nadchodził atak paniki. Mięśnie zrobiły się wiotkie, cała oblałam się zimnym potem, serducho zaczęło bić jak na alarm, pojawiły się zawroty głowy, ale.. przetrwałam to. Po prostu. Napiłam się słodkiego picia i po prostu przeczekałam to bez rozkręcania w sobie paniki. Szczerze? Nie wiem dlaczego tak zareagowałam. Zawsze jeszcze sama sobie dowalałam w takich chwilach totalną katastrofizacją, a teraz z nieznanego mi powodu udało mi się zmusić mózg do pozytywnego myślenia i okazało się dzisiaj, że to dobrze. W sumie dobrze wiedzieć, że można sobie z tym gównem radzić.

Po grupie miałam sesję indywidualną i byłam pełna obaw. Niepotrzebnie. Wywaliłam terapeucie wprost, że chcę zrezygnować z terapii, bo to, to i to [już nie będę pisać kolejnej rozprawki na ten temat]. Długo rozmawialiśmy i doszliśmy do konstruktywnych wniosków dlaczego tak mam i co on może zrobić, abym ja się czuła dobrze. Na ten moment ustaliliśmy, że wdrożymy plan naprawczy, a ja z ostateczną decyzją co do porzucenia terapii poczekam do końca roku. Myślę, że to uczciwe. Nie czułabym się w porządku rezygnując z terapii w momencie, gdy gość deklaruje, że naniesie takie poprawki, żebym była z terapii zadowolona i żebym z niej w pełni korzystała. Bardzo mi zaimponowało to, że zanim w ogóle ja mu wywaliłam o moich wątpliwościach względem terapii to powiedział, że omawiał mój przypadek na super wizji [to takie coś, że terapeuta jakby omawia swoich pacjentów z innym terapeutą, na ogół bardziej doświadczonym, oczywiście zachowując anonimowość pacjenta], bo to mi pokazało, że faktycznie szuka rozwiązań jak do mnie dotrzeć. Finalnie jak to wszystko się potoczy to zobaczymy. Jeśli mam być szczera to jestem bardzo sceptyczna, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Dzisiaj wyszłam z sesji indywidualnej bardzo zadowolona, jak nigdy, bo w końcu pracowaliśmy na konkretach i na tym co mi dokucza najbardziej czyli CHAD. Mam bardzo dużo rzeczy do przepracowania, niestety, bo bagaż doświadczeń jest ogromny, ale czuję, że jeśli nie zaopiekuję się dwubiegunówką to w żadnej sferze nie pójdę naprzód i byłam bardzo niezadowolona, że ta choroba jest tak spychana przez wszystkich butem na bok i znikąd [poza panią doktor] pomocy. Teraz ma być inaczej, ale pożyjemy, zobaczymy.

Po terapii pojechałam do pracy. Szczerze? Byłam totalnie wykończona. Zrobiłam swoje minimum z minimum i większość czasu po prostu gadałam kocopoły z dziewczynami z pracy. Zarwana nocka, stres, bycie poza domem od 7:30, łącznie trzy godziny terapii w jednym dniu sprawiły, że o 20:30 po prostu się z tej pracy ewakuowałam. Jeszcze jakby była robota to spoko, ale jak miałabym siedzieć jeszcze dłużej tylko po to, żeby sobie plotkować to stwierdziłam, że jadę do domu odpocząć.

Po powrocie do domu już taka rutyna. Pies + prysznic + odgruzowywanie kuchni. Muszę sobie zaraz zrobić kolację i przygotować śniadanie na jutro, bo według rozpiski jutro wjeżdża mocarz. Jak tak zacznę dzień to to na pewno będzie udany dzień, nie ma bata. Wprowadziłam dzisiaj małą korektę w liczeniu kcal. Zawsze [no dobra, prawie zawsze] do obiadu jem 200 - 300 g warzyw i zaczęłam je wliczać też do Fitatu, bo jak się okazało to w skali tygodnia wychodzi całkiem sporo kcal i pytanie czy tu się nie rozjeżdżam, że ostatni spadek masy ciała był tak niewielki [0,3 kg]. Może to też kwestia okresu, bla, bla, bla, ale no chcę sobie potestować nowe rozwiązania. To raptem jedno kliknięcie więcej w apce. No i zrobiłam coś złego, ponieważ sprawiłam sobie przedwczesny prezent świąteczny. Wykupiłam sobie Fitatu Premium. Obniżka z 500 zł na 100 zł i uznałam, że to będzie mój prezent świąteczny dla mnie. Wszystkiego sobie żałuje i odmawiam i chyba potrzebowałam zrobić coś dla siebie. Cokolwiek. Wiem, że nie powinnam, ale nie żałuję wcale. A na zakończenie jesienne drzewko ze spaceru:

20241015_212034.jpg
Źródło: fotografia własna

Śniadanie: owsianka z bananem
Obiad: kura, makaron, fasolka szparagowa
Przekąska: banan
Kolacja: twaróg z jajkami
Woda: 1,6l [wzrośnie]
Kroki: 12k

Do juterka.

Dziennik #289/2024 - wyczerpanie lvl max | Ecency