Źródło: ChatGPT
Dobry wieczór.
Ta noc była jakimś koszmarem. Nie dość, że nie mogłam spać to jeszcze pies dawał taki popis szaleństwa, że myślałam, że go uduszę, a na koniec o drugiej w nocy się zesrał. Teraz z perspektywy czasu pojawia się cień uśmieszku gdy myślę o absurdzie tej nocy, ale w jej trakcie i rano byłam nieźle wkurwiona. Naprawdę.
W pracy ogłosiłyśmy z kierowniczką magazynierom, że odchodzę. Szok i poruszenie. Ogłosiłyśmy również, że będzie poszukiwany lider na moje miejsce i jak obserwowałam jakie osoby mają zamiar się zgłosić to nie mogłam uwierzyć w totalny brak samokrytycyzmu z ich strony. Ja wiem, że trzeba wierzyć w siebie i w ogóle, ale serio? Na szczęście to nie będzie moje zmartwienie. Współczuję kierowniczce, bo zasady są takie, że nawet jeśli ktoś ewidentnie się nie nadaje to i tak trzeba z nim przeprowadzić rozmowę. W pracy dowiedziałam się, że Andrzej zginął, bo to on spowodował wypadek, bo zasnął za kierownicą. Jest mi mega przykro. Jeszcze tego nie przebolałam mimo tego, że to już dwa tygodnie. Nie wiem.. Może w weekend przejdę się na cmentarz zapalić świeczkę? Może to coś pomoże? W każdym razie był to dla mnie kolejny strzał, którego po prostu już nie uniosłam i się rozpadłam.
Wróciłam do domu i poszłam spać, bo nie mogłam znieść rzeczywistości. Chwilę pospałam i pobudka była bardzo bolesna. Nie miałam kompletnie ochoty opuszczać łóżka. Marzyłam tylko o tym, żeby się schować, nie czuć, nie myśleć. Z każdą minutą spadek nastroju postępował, a ja nijak nie mogłam sobie z tym poradzić.
Pojechałam na terapię i nie mogłam się kompletnie skupić. Jak zwykle popołudniu sala pękała w szwach co zaburzyło mi jakikolwiek komfort i radość z zajęć. Niemniej jednak były to jedne z moich ostatnich zajęć. Jutro muszę to zakomunikować terapeucie. Przez okres wdrożenia na nowym stanowisku czyli kilka miesięcy będę pracować 9:00 - 17:xx czyli nijak nie będę w stanie chodzić na zajęcia, a opuszczenie kilku miesięcy zajęć mija się z celem uczestniczenia w ogóle w terapii. W tych godzinach również nie będę w stanie załapać się na zajęcia indywidualne także nie widzę kompletnie sensu, aby pozostać w ośrodku. Wiem natomiast, że terapii potrzebuję, więc wezmę skierowanie do innego ośrodka, gdzie pracuje się 1:1 z terapeutą i po prostu zapiszę się w kolejkę. Czeka się 10 - 12 miesięcy, więc do tego czasu mam w planach wypracować sobie taką pozycję w pracy, aby móc spokojnie uczestniczyć w terapii. Myślałam, że będę czuła żal czy smutek, że kończę swój udział w zajęciach, ale nic takiego nie ma miejsca.
Płynę w stronę depresji i bardzo się tego boję. Wszystko co się ostatnio dzieje po prostu mnie przerasta. Musiałam sobie zwiększyć dawkę pregabaliny [lek na lęki], bo nie dawałam sobie rady sama ze sobą. Jeśli do piątku sytuacja stale będzie się pogarszać to udam się do pani doktor psychiatry, bo jest naprawdę źle, a piątek mam akurat wolny, więc mogłabym poczekać na przyjęcie po pacjentach. Jestem przygnębiona, nie jem, nie śpię, pojawiają mi się myśli rezygnacyjne [jeszcze nie samobójcze, ale już blisko]. Trzeba działać.
Ja dwa lata temu vs ja teraz: wtedy kupiłabym alkohol dzisiaj kupiłam sobie wodę gazowaną i ciastka. Coś tam mi się jednak w tym życiu udaje.
Do jutra.