"Gazeta Wyborcza" podaje, że w transakcję zakupu przez Ministerstwo Zdrowia maseczek za 5 milionów zł stał znajomy rodziny Ł.Szumowskiego. Według dziennikarzy Łukasz G. (co ciekawe, prowadzi on pensjonat i szkołę jazdy na nartach, a więc biznes zupełnie z innej branży) dwa dni po ogłoszeniu zagrożenia epidemiologicznego zadzwonił do Ministra Zdrowia z propozycją sprzedaży sprzętu ochronnego w postaci maseczek, przyłbic i kombinezonów ochronnych, a także kontrowersyjnych testów wykrywających (lub nie) zarazę. Transakcję sfinalizowano płacąc 8 zł za maseczkę chirurgiczną (kupiono 20 000 szt.) i 42 zł za maseczkę z filtrem FPP2 (100 000 szt.).
Czy rząd przepłacił?
Ceny maseczek FFP2 według ceneo.pl wahają się od 12 do 33 zł. Chirurgicznych od 2 do 4 zł. Jeżeli dodamy do tego, że przy dużych zamówieniach zwykle można wynegocjować spore zniżki to wygląda na to, że ktoś zrobił na tym niezły biznes.
Rząd najpierw kupuje, później testuje.
Kilka dni temu wyszło na jaw, że kupiony sprzęt nie spełnia norm. Testów jakości nie przeszło też 600 000 maseczek, które otrzymaliśmy od Unii Europejskiej. Nie spełniają norm FFP1, FFP2 czy FFP3 i ich dystrybucja w Służbie Zdrowia jest bezzasadna. Do śmietnika trafią też zakupione testy antygenowe (które według producenta miały mieć 65-85 % skuteczności).
Tak wydaje się publiczne pieniądze. Zamiast najpierw sprawdzić produkt i dopiero po zatwierdzeniu jakości go kupić, jak zrobiłby każdy rozsądny, prywatny przedsiębiorca, obserwujemy odwrotną drogę. Ale tak to jest jak się wydaje nie swoje pieniądze.
Korzystałem z: