W przypadku poprzednio opisywanej przeze mnie powieści „Nie gaś światła” wspomniałem, że odwieczny antagonista komendanta Martina Servaza – Julian Hirtmann – pojawia się tam wyłącznie na marginesie, choć jego lodowaty oddech czuć od pierwszych stron. W czwartym tomie zatytułowanym „Noc” Szwajcar wraca jednak w pełnej krasie, a ich rywalizacja wchodzi na całkowicie nowy, osobisty poziom. Losy Servaza i Hirtmanna splotły się lata temu w pilnie strzeżonym instytucie psychiatrycznym w Pirenejach i od tamtej pory postać zbiegłego psychopaty cień kładzie się na każdym śledztwie francuskiego policjanta. Choć stoi za nimi zupełnie inny kręgosłup moralny, ci dwaj mężczyźni mają jedną wspólną obsesję – uwielbienie dla twórczości austriackiego kompozytora Gustava Mahlera.
Północny wiatr, wiertnicza platforma i mały Gustav
Czwarta część serii rozpoczyna się od makabrycznego odkrycia: na północy Norwegii zostaje znalezione ciało zamordowanej kobiety. Inspektor Kirsten Nigaard z policji w Oslo rusza na miejsce zbrodni, by rozwikłać tajemnicę tej śmierci. Trop prowadzi prosto na sztormowe wody Morza Północnego, na platformę wiertniczą, gdzie pracowała ofiara.
Podczas apelu personelu okazuje się, że brakuje jednego z pracowników. W jego kabinie Kirsten znajduje niepokojący plik zdjęć. Fotografki przedstawiają m.in. budynek francuskiego komisariatu oraz małego chłopca z podpisanym na odwrocie imieniem „Gustav”. Analiza DNA nie pozostawia złudzeń: zaginiony robotnik to nie kto inny jak Julian Hirtmann – genialny, psychopatyczny morderca i uciekinier z kliniki w Pirenejach.
Równolegle w Tuluzie komendant Martin Servaz zostaje ciężko ranny. Podczas pościgu za podejrzanym o gwałty Florianem Jensenem dostaje strzał prosto w klatkę piersiową. Trafia w śpiączkę, z której budzi się osłabiony, wyraźnie odmieniony, bardziej samotny i nieprzewidywalny nawet dla własnego zespołu. Dokładnie w tym momencie w jego gabinecie zjawia się Kirsten ze zdjęciami z platformy. Servaz rozpoznaje na nich samego siebie – śledzonego i skrupulatnie obserwowanego od lat. Od tej chwili Francuz i Norweżka łączą siły, by dopaść potwora.
Kluczem do całej intrygi staje się mały Gustav. Chłopiec urodził się kilka miesięcy po tajemniczym zniknięciu Marianne Bokhanovsky – kobiety wyjątkowo bliskiej Servazowi. Błyskawicznie pojawia się podejrzenie, że pięciolatek jest synem komendanta. Co gorsza, malec jest śmiertelnie chory i pilnie potrzebuje przeszczepu wątroby, a jedynym możliwym dawcą okazuje się właśnie Martin.
Jak to u Miniera bywa, akcja nie zwalnia ani na chwilę, a pod koniec – gdy ważą się losy bohaterów – nabiera wręcz kosmicznej prędkości. Pierwotna zbrodnia, od której wyszła Kirsten, schodzi na drugi plan. Liczy się już tylko osobisty, krwawy pojedynek na linii Servaz–Hirtmann oraz walka o życie małego Gustava. A finał? Zaskakuje absolutnie każdego.
Moje wrażenia – powrót na właściwe tory po tomie 3
„Nie gaś światła” zachwyciło mnie właśnie dlatego, że Hirtmann był tam zaledwie tłem. Minier udowodnił wtedy, że potrafi napisać wybitny thriller bez sięgania po swój największy atut. Teraz jednak wraca do dania głównego i sam zadaję sobie pytanie: co wolę? Servaza zmagającego się z „zwykłymi” sprawami czy bezpośrednie starcie dwóch potężnych umysłów? Obie opcje są genialne, bo choć ten pojedynek trwa już od czterech tomów, autor bezbłędnie podkręca atmosferę – tym razem stawiając na szali życie niewinnego, chorego dziecka.
Zespół policjantów z Tuluzy – Samira i Espérandieu – w tym tomie został nieco zepchnięty w cień, ustępując miejsca Kirsten Nigaard. Norweżka okazała się jedną z najważniejszych postaci całej historii. Co ważne, mimo że między nią a Martinem dochodzi do zbliżenia, w ich relacji nie ma krzty taniego romantyzmu. Jest za to profesjonalizm i operacyjna szorstkość w najlepszym wydaniu.
„Marzymy o pokoju, ale pokój jest ułudą. Na każdym poziomie rządzą rywalizacja, współzawodnictwo i walka” – to zdanie wypowiedziane przez Hirtmanna stanowi klucz do całej „Nocy” i do relacji łączącej go z komendantem. Obaj są więźniami tej samej, psychologicznej gry. Jeden ją wybrał, drugi został do niej bezwzględnie wciągnięty. A małe dziecko staje dokładnie pośrodku tej zawieruchy.
Polecam gorąco – ze świadomością, że po ten tom należy sięgać wyłącznie po znajomości poprzednich części. Warto zacząć od „Bielszego odcienia śmierci”, by w pełni zrozumieć, skąd bierze się ta niszczycielska obsesja.
Ocena: 9/10 ⭐
W cyklu "Ostatnio przeczytałem" chciałbym się dzielić z wami refleksjami na temat przeczytanych (lub odsłuchanych) książek. Kryminały i powieści sensacyjne są mi zdecydowanie najbliższe, ale często sięgam po political-fiction albo książki dokumentalne, biogramy czy wspomnienia.