Bernard Minier i jego powieści – a w szczególności genialna seria z komendantem Martinem Servazem – podobnie jak twórczość Przemysława Piotrowskiego, to literatura wyjątkowo mroczna, brutalna i wymagająca rozsądnego dawkowania. Przeczytanie całego tego cyklu jednym ciągiem grozi poważnymi zaburzeniami snu, ale i tak regularnie wracam do Oksytanii, by dawkować sobie te duszne historie z Tuluzy.
Swoją przygodę zacząłem wieki temu od „Bielszego odcienia śmierci”. Książka przeleżała na półce kilka lat, zanim po nią sięgnąłem, ale kiedy już to zrobiłem, wgniotła mnie w fotel. Pojedynek Servaza w zasypanych śniegiem, niedostępnych Pirenejach z uciekinierem z zamkniętego zakładu psychiatrycznego, seryjnym mordercą Julianem Hirtmannem, dał początek niesamowitej serii, a pogoń za tym psychopatą stała się jej absolutną kwintesencją.
W „Nie gaś światła” – trzecim tomie cyklu – Hirtmann pojawia się wyłącznie na marginesie, ale jego lodowaty oddech czuć od pierwszych stron. Powieść otwiera zresztą koszmarna sekwencja: Servaz błąka się po Puszczy Białowieskiej, pośród mrozu, ciemności i grozy polskiego lasu. Widzi wyrwane z piersi serce, słyszy wycie wilków i czuje paraliżującą bezsilność po stracie ukochanej osoby. Na szczęście dla komendanta to tylko sen, z którego budzi się z krzykiem. Ale czy na pewno? Przecież serce, które chwilę później otrzymuje w paczce nadanej w Polsce, jest aż nadto realne.
Minier nie pozwala nam zapomnieć o Hirtmannie, jednak główna oś fabularna kręci się wokół zupełnie innego dramatu. W wigilijny wieczór Christine Steinmayer, znana dziennikarka radiowa, wychodzi z mieszkania na pierwsze spotkanie z rodzicami swojego narzeczonego. W skrzynce na listy znajduje jednak osobliwą przesyłkę: anonimowy list samobójcy. Pomyłka? Niewczesny żart? Kto bawiłby się w coś takiego w Boże Narodzenie? List brzmi złowieszczo autentycznie, ale nie ma w nim żadnego podpisu ani punktu zaczepienia. Zanim Christine zdąży ochłonąć, na klatce schodowej gaśnie światło, pogrążając ją w kompletnej ciemności.
Tytuł powieści to nie przypadek. Ktoś zaczyna systematycznie gasić światło w życiu dziennikarki – zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Wokół kobiety dochodzi do serii niewytłumaczalnych zdarzeń, które demolują jej życiową stabilizację. Zaszczuta, nierozumiana przez nikogo, traci oparcie w bliskich, a jej życie zawodowe i prywatne zamienia się w ruinę. To przerażające studium stalkingu. Minier z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak prześladowca osacza ofiarę, odcina ją od świata i potęguje w niej bezradność, spychając kobietę na skraj szaleństwa i samobójstwa.
W tym samym czasie komendant Martin Servaz, potwornie poturbowany psychicznie po poprzednich sprawach, dochodzi do siebie w zamkniętym ośrodku rewalidacyjnym dla policjantów. Tam otrzymuje tajemniczą przesyłkę: magnetyczną kartę do pokoju hotelowego oraz bilecik z datą i godziną. Gdy zżerany nudą Servaz jedzie pod wskazany adres, w pokoju znajduje zwłoki. Prywatne dochodzenie szybko wymyka się spod kontroli i zamienia w pełnowymiarowe, pracochłonne śledztwo, które prowadzi komendanta prosto do... ośrodka badań kosmicznych. To genialny wybór lokacji – w końcu Tuluza to stolica francuskiego przemysłu lotniczego i kosmicznego.
Moglibyście pomyśleć, że te dwa wątki – zaszczutej dziennikarki i gliniarza na zakręcie – szybko się przetną, a Servaz wkroczy na białym koniu, by ratować Christine. Nic bardziej mylnego. Minier to stary wyga: te dwie ścieżki zbliżają się do siebie niezwykle powoli, a bohaterowie poznają się dopiero tuż przed wielkim finałem!
Po dwóch pierwszych, typowo górskich tomach, po tę część sięgałem z lekką obawą. „Bielszy odcień śmierci” i „Krąg” kupiły mnie tym namacalnym, pirenejskim chłodem. Zastanawiałem się, czy miejski thriller o stalkingu, bez gór, bez murów psychiatryka i bez Hirtmanna na pierwszym planie, to wciąż ten sam Minier. Odpowiedź brzmi: tak! A momentami jest nawet lepszy.
Bernard Minier ma w ręku idealny przepis na trzymający w napięciu thriller. Doskonale wie, jak złapać czytelnika za gardło i nie puścić aż do ostatniej strony. Konstruuje emocjonalną pułapkę, w którą wpadamy bez pamięci. Wątek Christine to absolutny majstersztyk psychologiczny – napięcie jest tak gęste, że człowiek przestaje być tylko obserwatorem, a staje się wręcz współuczestnikiem tego koszmaru. Dodatkowym smaczkiem jest wejście w hermetyczne, prestiżowe środowisko europejskich astronautów, które pod płaszczykiem elitarności kryje naprawdę brzydkie sekrety.
Ta powieść to konstrukcyjne arcydzieło. Już sam podział książki na akty wzorowane na klasycznej strukturze operowej budzi ogromny szacunek. Każdy zwrot akcji, każda ślepa uliczka i pułapka na czytelnika zostały perfekcyjnie zaplanowane. U Miniera nie ma miejsca na przypadki.
Gorąco polecam – i ten tom, i całą serię. Najlepiej jednak czytać po kolei, bo autor buduje swoich bohaterów oraz ich wewnętrzne demony konsekwentnie przez wiele lat.
W cyklu "Ostatnio przeczytałem" chciałbym się dzielić z wami refleksjami na temat przeczytanych (lub odsłuchanych) książek. Kryminały i powieści sensacyjne są mi zdecydowanie najbliższe, ale często sięgam po political-fiction albo książki dokumentalne, biogramy czy wspomnienia.