W szkole uczą nas (lub próbują nauczyć) jak interpretować różne utwory literackie. Ale czy to ma sens? Przecież sztukę powinno się odbierać indywidualnie, w sposób subiektywny. Każdy z nas ma przecież inne skojarzenia, inne doświadczenia, inną wrażliwość. Mimo wszystko w szkołach i tak są nam narzucane jedyne słuszne interpretacje.
Oczywiście niektóre rzeczy wbijane uczniom do głowy na zajęciach języka polskiego ułatwiają analizowanie tekstu. Warto przecież wiedzieć czy w jakimś wierszu użyto epitetów, metafor czy innych środków stylistycznych. Jednak ta wiedza nie jest niezbędna, by dany utwór poetycki nam się spodobał lub nie. W sztuce chodzi przecież o przekazywane emocje. A nie interpretowanie dzieła według maturalnego klucza.
Narzucanie odbiorcy jednego wyjaśnienia danego tekstu jest moim zdaniem zbrodnią przeciwko ludzkiej wrażliwości.
Po co odbierać czytelnikowi przyjemność i satysfakcję płynącą z samodzielnej rozkminy nad danym dziełem? Tym bardziej, że często interpretacja narzucona z góry nijak się ma do prawdziwego stanu rzeczy. Na to, że przekazywane przez polonistki i polonistów odpowiedzi na pytanie "co autor miał na myśli" są błędne, istnieją przecież dowody. Chyba większość z nas słyszała o tzw. paradoksie Szymborskiej. Popularna jest anegdota, według której w 2009 roku nasza literacka noblistka interpretując swój wiersz miała duże problemy z wstrzeleniem się w maturalny klucz. Chodziły nawet pogłoski, że Szymborska nie zdałaby egzaminu dojrzałości z własnego utworu. To jednak tylko legenda.
Mitem jednak nie jest historia Tomasza Rożka. Ten dziennikarz i doktor fizyki sam przyznał, że zmierzył się z analizą swojego tekstu ""Świat między 44 zerami", który był na egzaminie maturalnym. Efekt - jego interpretacja tekstu nie pokrywała się z tym, czego oczekiwała komisja egzaminacyjna przygotowująca klucz. Zdający otrzymałby co najwyżej 70% punktów. Z interpretacji własnego tekstu!
W przypadku Rożka mieliśmy do czynienia z tekstem mającym znamiona artykułu naukowego. Zdawałoby się zatem, że tutaj nie ma miejsca na specjalne interpretacje. A jednak sam autor nie wstrzelił się w klucz odpowiedzi. A przecież w przypadku wierszy możliwość różnych interpretacji jest ogromna. Sam pisarz inaczej może rozumieć swoje wiersze w momencie ich pisania, a inaczej po kilku latach. Zresztą sam wiem po sobie, że często od mojego nastroju zależy jak odbieram jakiś utwór poetycki. Dla mnie zatem narzucanie jednej interpretacji jest całkowicie nie na miejscu...
Zagrajmy w grę!
Żeby nie być gołosłownym, proponuję Wam pewną zabawę. Otóż jako przykład, że każdy może interpretować sztukę inaczej, przedstawię własną analizę tekstu pewnej piosenki. Ale zanim to zrobię, poproszę Was, byście poświęcili parę minut i zapoznali się z tym utworem i spróbowali nawet bardzo prosto go zinterpretować. Albo nawet nie interpretować, tylko zastanowić się jakie uczucia Wam towarzyszyły podczas słuchania.
Jesteście gotowi? Zakładam, że tak :D
Zaczynajmy!
Piosenka, którą Wam przedstawiam nosi tytuł "Dom", a wykonuje ją zespół Bitamina. Pierwszy raz usłyszałem ją jakiś tydzień temu, gdy link do niej podesłała mi koleżanka.
Link do tekstu: http://www.tekstowo.pl/piosenka,bitamina,dom.html
Przesłuchaliście? I jak wrażenia? Czy według Was to pogodny i fajny utwór? Bo dla mnie to ewidentny tekst o patologii. Dlaczego tak uważam? Już tłumaczę :)
Na początku mamy refren. Niby pogodny, rytmiczny i wpada w ucho. Sam tekst również brzmi wesoło i ładnie. Ale tak naprawdę skrywa się pod nim dramat.
Zbuduję Ci dom,
będziesz miała schron,
taki szałas na hałas.
I zasadzę brzozę tuż za rogiem,
żebyś latem miała cień.
Otóż podmiot liryczny w powyższym tekście ma przebłyski trzeźwości i gdzieś do jego głowy dobija się świadomość, że krzywdzi swoją małżonkę. Mimo iż sięga dna, marzy mu się ochrona swojej partnerki. Przed czym? Przed nim. Ja wiem, że teraz to się Wam wydaje pokręcone, ale czytajcie dalej. Wszystko ma sens i układa się w całość.
W refrenie jest tekst o schronie. Oczywistym jest, że chciałby, by jego miłość miała miejsce, w którym mogła by być bezpieczna przed nim. Nie dość, że znęca się nad nią werbalnie („szałas na hałas”), to jeszcze ją bije (do tego dojdziemy potem). Wstawka o „zasadzeniu brzozy” to dla mnie ewidentna próba zebrania rozgłosu na kontrowersji związanej z tragedią Smoleńską. Nie będę nawet komentował tego żałosnego wybryku autora tekstu.
Zawiozę do szkoły,
każde z naszych dwudziestu pięciu dzieci
i mowy nie ma,
żebyś musiała wstać.
Jak dowiadujemy się z dalszej części refrenu, obecnie posiadają 25 dzieci (sic!). Dwadzieścia pięć dzieciaków! Przecież to nie jest normalne. To jest rodzina multiwielodzietna. Nie muszę chyba mówić, że największy odsetek patologii panuje właśnie w rodzinach wielodzietnych. Wyobraźcie sobie zatem rodzinę, która ma 27 członków (dzieci + rodzice), gniotących się w małym mieszkaniu. Tak. Skoro facet chce zbudować dom, to znaczy, że obecnie tego domu nie mają. Po prostu tragedia. Podejrzewam zresztą, że podmiot liryczny wykorzystuje seksualnie swoją żonę. Która z Was, kobiet, chciałaby urodzić 25 dzieci?
Na całe szczęście, dzieci mają dostęp do publicznej edukacji, gdzie są zawożone przez tatusia, prawdopodobnie busem. A co robi żona w tym czasie? Leży w łóżku i nie może wstać. Powód: totalna depresja. I ja się wcale tej kobiecie nie dziwię…
Nie będę palił i nie będę pił
i nie będę oglądał zakazanych rzeczy nocą na tv.
Kolacja u twojego taty i bat i bat i nic,
jeśli chcesz dla ciebie mogę tak żyć.
W drugiej części refrenu dalej słuchamy podmiotu lirycznego, który zdając sobie sprawę z własnych problemów rzuca kolejne obietnice, które już tyle razy złamał. Jest nałogowym palaczem i alkoholikiem. Dodatkowo jest uzależniony od pornografii, którą ogląda po nocach. Prawdopodobnie przy dzieciach. (Taka spora gromadka śpi pewnie rozrzucona po całym domu.) Zaczynacie dostrzegać patologię?
Następnie wspomina kolację u swego teścia, który jest także nałogowcem. Pali trawkę (bat – synonim skręta). Przy uzależnieniach podmiotu lirycznego, jaranie wydaje się świetną alternatywą. Po trawce nie dochodzi do domowych awantur. Po alkoholu już tak. Ostatni wers refrenu to właśnie sugestia, że może spróbować przerzucić się na ten mniej szkodliwy nałóg.
Ok, a teraz przechodzimy do zwrotki.
Mówią o mnie na mieście, że ponoć to spoko typ,
dużo pali, ale spoko typ.
Ciocia pyta, kiedy coś wyskrobię,
cóż ja jej odpowiem, nie ma co skrobać,
se nie poskrobie.
Tutaj od początku dowiadujemy się, że nikt z zewnątrz nie wie, do jakiej patologii dochodzi w mieszkaniu podmiotu lirycznego. Ludzie niby widzą, że facet jest palaczem, ale wydaje się im, że to nie jest groźne.
Kolejne wersy są bardzo makabryczne. Ciotka osoby mówiącej w utworze, sugeruje mu by podczas kolejnych ciąż małżonki dokonywał aborcji. On na to odpowiada, że już nie jest to potrzebne. Można przypuszczać, że jego małżonka była w ciąży z kolejnym dzieckiem, ale poroniła na skutek pobicia przez niego (i „nie ma co skrobać”).
Jedna głupia, druga głupia,
trzecia o mnie mówi, że głupi jestem jak but
i że to cud, że w ogóle ktoś mi ufa.
Daj mi jakąkolwiek,
choć najchętniej to ze śląska dziołchę,
niech nam pierogi lepi, please.
W drugiej połowie zwrotki dowiadujemy się, że jednak w tej rodzinie znajdują się jeszcze rozsądne kobiety (być może teściowa), które widzą jak beznadziejnym człowiekiem jest podmiot liryczny. Nie mogą uwierzyć, że jego żona nie odeszła (a nawet mu ufa). Niestety nie mogą nic zrobić z tym stanem rzeczy.
Ostatnie trzy wersy zwrotki są dosyć enigmatyczne. Moim zdaniem tutaj narrator (w upojeniu alkoholowym) cofa się do chwili, gdy był samotnym singlem i prosił Boga o jakąkolwiek kobietę. Potrzebną mu raczej po to, by zaspokoić swoje chore żądze i by zajęła się dla niego takimi rzeczami jak sprzątanie czy gotowanie. Zagadkowe jest także użycie zaimka „nam” w zdaniu „niech nam pierogi lepi”. Czyżby to sugerowało, że facet miał wcześniej dzieci? A może mieszka w dodatku ze swoimi rodzicami?
I mamy znów refren, który się powtarza. To pokazuje, że jego obiecanki o staniu się lepszym i zajęciu się swoją kobietą są co chwilę łamane. Jego słowa są zatem nic nie warte. Żyje w beznadziejnej pętli swoich nałogów, z której już nie wyjdzie. Przez niego cierpi jego żona i dzieci.
Ok, a teraz wróćmy na sam początek utworu, w którym podmiot liryczny zwraca się do swojej żony: „Ej Marysia to jest wiadomość do Ciebie, ja Cię kocham” (Te słowa pojawiają się na początku piosenki, nie ma ich zaś w tekście na tekstowo.pl). Dalej słyszymy bezsensowne słowa naprutego człowieka, co sugeruje iż jest w stanie upojenia alkoholowego. Nie kojarzy się Wam ten początek z ostatnimi słowami umierającego? Dla mnie jest to oczywiste, że ten człowiek zdał sobie sprawę z tej zapętlonej żałosności swojego życia i postanowił z tym skończyć. To co słyszymy w piosence, to list pożegnalny samobójcy.
Domyślam się, że przez tą moją nieco chorą interpretację wyzbyłem się chociażby pozorów normalności. Jechałem tutaj ostro po bandzie i bez wątpienia kilka razy dopuściłem się nadinterpretacji. Ale czy te moje wyjaśnienia nie mają choć odrobiny sensu? Zostawiam to już Wam do przemyślenia.
Póki co żegnam się z Wami! Do następnego tekstu! Mam tylko nadzieję, że przez moją mocną i lekko zrytą interpretację nie stracę 90% obserwujących mój profil...
Bibliografia:
http://natemat.pl/60985,dziennikarz-zdobyl-70-proc-na-maturze-polskiego-analizujac-wlasny-tekst-klucze-odpowiedzi-to-nieporozumienie
http://atrapa.net/legendy/nowa-matura.htm
Wykorzystane grafiki pochodzą z https://pixabay.com/.
Zapraszam na mojego bloga: http://zkusiorabani.pl/
oraz do polubienia strony na FB: https://www.facebook.com/zkusiorabani/
Jeśli tylko Ci się spodobało zostaw upvote i komentarz :) Będę niezmiernie wdzięczny :) Możesz także obserwować mój profil, by nie przegapić kolejnych postów!