Piękny słoneczny dzień, w sam raz do spaceru w rodzinnym gronie.
Taki miał być, ale niestety nie był. Ale od początku. Próbowałem rano namówić rodzinkę na spacer do lasu. Prawie się udało. Umówiliśmy się ze ja pierwszy wyjdę i spotkamy się w lesie przy stawach. Wyruszyłem w droge. Kiedy weszliśmy do lasu zaczęło się.
Jak to w niedzielę w lesie było sporo osób i oczywiście psów. W Wolfa jakby jasny grom z nieba strzelił, po prostu zgłupiał. Próbował się rzucać do każdego psiego osobnika. Po prostu nie mogłem dać sobie z nim rady. Pomimo kolczatki był strasznie agresywny. Boję się że w którymś momencie nie dam mu rady.
Z rodzinką spotkaliśmy się przy stawach, próbowaliśmy spacerować ale w towarzystwie tego diabła po prostu nie dało się.
Weszliśmy w drozke bez ludzi. Po godzinie żona wsiadła w samochód i wróciła z dziećmi do domu. Ja oczywiście z bambosza.
Poszedłem okrezną droga żeby stronic od ludzi.
Kiedy wróciłem do domu było dobrze po 15. Zjedliśmy obiad coś tam porobiliśmy i zaczęło się. Najpierw córką potem syn, oboje zaczęli płakać ze bolą ich brzuchy. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Zaczęło im się robić niedobrze. Położyliśmy ich do łóżek naszprycowalismy czym się dało i jakoś udało się zarzegnac histerie i rozpacz. Nie upłynęło z 30 minut i idąc do pokoju straciłem równowagę i grzebłem bokiem na panele. I to tak że sam nie mogłem się podnieść. Nawet niewiem jak to się stało. Kiedy żona pomogła mi wstać okazało się że ledwo stoję na prawej nodze. Stuklem sobie prawe biodro. Teraz dopiero będę miał przekichane i pewnie przez parę dni będę uziemiony.
Kurcze dawno tak nie upadłem. Miałem wrażenie że przez chwilę ktoś mi odciął prąd w mózgu. Jakąś masakra.
W oczach żony widziałem że ma dość wczorajszego dnia. Zresztą od rana była jakaś poddenerwowana. Może przeczuwała ze to nie będzie taki piękny i wspaniały dzień.
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io