Choć najnowszy remake Disneya, jest takim samym, cynicznym skokiem na kasę, który powstał tylko po to, by zarobić jak najwięcej pieniędzy, to w ostatecznym rozrachunku podobał mi się. W przypadku tego konkretnego obrazu jest to szczególny cynizm. Korporacja uwielbia angażować się politycznie (patrz poprzednie wybory Prezydenckie w USA, gdy krytykowali Trumpa i wykorzystywali aktorów z Marvela do spotów telewizyjnych), czy społecznie (LGBT i ruch Black Lives Matter), ale gdy przychodzi co do czego, to cenzurują czarnoskórych aktorów na plakatach filmowych, nie wprowadzają zbyt wielu postaci z mniejszości seksualnych, czy etnicznych. Tak jak czasem krytykuję Netflixa za podobne praktyki, tak oni przynajmniej są konsekwentni w swojej działalności i nie są tak obrzydliwie cyniczni. W przypadku "Mulan" jest jeszcze lizanie czterech liter Chińskiej partii komunistycznej, która ma na swoim sumieniu o wiele gorsze rzeczy niż zwolennicy Trumpa, rednecki, czy inni prawicowcy. Nie wpływa to co prawda na moją ocenę filmu, ale trzeba mówić o takich rzeczach.
Przechodząc do niego, to naprawdę mi się podobał. Nie jest to jednak ani zachwyt ani zadowolenie na poziomie 8/10 lub wyżej, ale myślę że mógłbym dać takie uczciwe 6+. Do oceny dodaję jednak małe serduszko, bo mimo wad tego filmu, jak i paru IMO niepotrzebnych zmian względem oryginału, to bawiłem się całkiem dobrze. Historia toczy się mniej więcej tak samo, jak w animacji - Chiny są najeżdżane przez Hunów (tutaj nazywanych inaczej z niezrozumiałego dla mnie powodu), Cesarz wydaje dekret, na mocy którego każda rodzina musi wysłać jednego mężczyznę na wojnę, tytułowa bohaterka jedzie do obozu, przechodzi szkolenie, dochodzi do bitwy. Następnie Mulan wraz z częścią żołnierzy udaje się do Cesarskiego pałacu, ratują władcę, zaś Mulan wraca do swojej wioski. Szkielet opowieści jest podobny, niektóre wątki odrobinę rozwinięto, parę usunięto, parę dodano, część rzeczy pokazano inaczej. Nie dziwi mnie to, bo nie zawsze można przenieść pierwotną historię w skali 1:1 w nową formę. Na siłę wiadomo, wszystko się da, ale każda adaptacja powinna stać na własnych nogach. O ile nie mam nic przeciwko niektórym zmianom lub dodatkom (wręcz uważam je za pozytywne), jak np. inna forma szkolenia, czy żarty z Mulan, która nie myła się od kilku dni i z tego powodu śmierdzi lub gagi podczas snu w męskim obozie, o tyle część zmian była beznadziejna.
Mulan w bajce Disneya bardziej korzystała z kobiecego sprytu, używała mózgu albo prostych sztuczek, na które nabiera się wielu mężczyzn, zaś w walce korzystała z żeńskich atutów (większa giętkość ciała). Z kolei w filmie wykorzystuje coś w rodzaju zubożałej wersji Nen z "Hunter x Hunter" lub Chakry z "Naruto". Rzecz jasna nie widzimy żadnych aur, jak również energia nie jest zmaterializowana w formie jakiś fal energii, jak w DBZ, ale mówi się o niej od początku filmu. Widzimy również, że im większe Chi, tym lepiej człowiek radzi sobie z walką, akrobacją itd. Prawie jakby była jakimś Saiyaninem wśród Ziemian. Goku, Gohan i Vegeta podobnie wyróżniali się na tle innych wojowników Z, choć oczywiście różnica w "Mulan" jest o wiele mniejsza. Tak jak w animacji jest wzorcowym przykładem na żeńską bohaterkę, która mimo różnic płciowych nie odstaje od męskich protagonistów (w sensie, że można ją postawić w jednym rzędzie z podobnymi do niej męskimi bohaterami), tak w filmie zupełnie tego nie czuję. W animacji była zwykłą dziewczyną, która po prostu myślała i wykorzystywała swoje atuty, a tu dodali jej IMO szkodliwą wyjątkowość oraz Chi, co służyło chyba wyłącznie temu, by jakoś uzasadnić niezwykłe akrobacje Azjatów. Które, tak swoją drogą, były zaledwie niezłe. Spodziewałem się czegoś lepszego na tym polu. Ale też nie było pod tym względem tragedii, jak w nieudolnych próbach wciskania kobiet na siłę - patrz "Ghost Busters", czy "Ocean 8". Taka przeciętność w tym aspekcie - nie było ani bardzo dobrze ani żenująco słabo.
Jeśli chodzi o bitwy, to tu jest słabiej. Mamy jedno zdobycie miasta, bitwę w polu oraz finałowe starcie w Cesarskim pałacu. Każde z tych wydarzeń było takie sobie - daleko im było do tragedii, jak również wybitnego poziomu. Powiedziałbym, że byłem nieco rozczarowany, ale spodziewałem się czegoś mniej-więcej w tym stylu, więc nie jestem zdziwiony. Wygląda to nieźle, nie nudziłem się podczas seansu, ale im dalej od niego, tym bardziej utwierdzam się w swojej opinii. Zaśmiałem się przy scenie, gdy Hunowie bombardowali trebuszem Mulan. Mimowolnie wyobrażałem sobie, że podobnie musiał się czuć Simo Häyhä, gdy Sowieci go atakowali na oślep w podobnym stylu.
Reasumując - nawet fajny film, ale na pewno nie zapłaciłabym za niego. Nie tylko ze względu na cynizm Disneya, ale również poziom samego filmu. Podobał mi się, ale nie sądzę bym pamiętał o nim za jakiś czas. To taka cyniczna wydmuszka obliczona na zarobienie na Chińczykach, fanach starego filmu oraz rodzin z dziećmi.