Źródło: Pixabay
Dzień dobry. Słowem wstępu z racji pierwszego wpisu z tej serii postaram się przybliżyć jego założenia. Czym są medytacje? Medytacje to w nomenklaturze AA książeczki, duchowe przewodniki, które pozwalają osobom uzależnionym zajrzeć w głąb siebie. Ja takową książeczkę zakupiłam już w zeszłym roku [nie dzień temu, hehe], ale olałam temat tak jak wiele innych. Każdy dzień w roku jest okraszony jakąś sentencją i pytaniem do zastanowienia się nad samym sobą. Postanowiłam je spisywać sobie codziennie, bo po pierwsze pozwoli mi się to lepiej zdyscyplinować w pracy z owym przewodnikiem, a po drugie są to na tyle głębokie rzeczy, że myślę, że przynajmniej kilku refleksyjnym osobom stąd temat podejdzie. Poza tym myślę też sobie, że w sumie może być ciekawym doświadczeniem wrócić do moich słów za rok i sprawdzić jak zmieniała się moja perspektywa.
Źródło: fotografia własna
Źródło: fotografia własna
Do rzeczy zatem.
Żyj dniem dzisiejszym
Początek roku często budzi w nas ponure wspomnienia. Nowy Rok to "idealny" dzień, żeby doświadczyć kaca czy zwalić się pod stół; przejść przez mękę wyrzutów sumienia, poczucia winy i wstydu. Ale jeśli będziemy trzymać się obranego przez nas nowego kursu - zachowując trzeźwość i więź z naszą Siłą Wyższą - nie musimy się obawiać nadchodzących dni. Nasz Bóg przebaczył nam niegdysiejsze błędy, jutro zaś przyjdzie w swoim czasie: postępujmy godziwie dzisiaj, a przyszłość sama się jakoś ułoży.
Dopełnienie powinności dnia dzisiejszego to zadanie niełatwe; ale odwrócenie biegu minionych wydarzeń czy uzyskanie stuprocentowych gwarancji na określoną przyszłość to wręcz niemożliwość. Owocniej i spokojniej przeżyjemy czekający nas rok, żyjąc teraźniejszością, dzień po dniu, niż rozpamiętując przeszłość czy usiłując przewidzieć przyszłość.
Czy nauczyłem się żyć dniem dzisiejszym?
Ja totalnie nie potrafię żyć na tutaj i teraz, z dnia na dzień. Żeby było zabawniej cały czas balansuję pomiędzy biczowaniem się za przeszłość [tyle błędów, tyle pieniędzy przepitych, tyle zdrowia straconego bla, bla, bla], a zamartwianiem się o przyszłość, bo jawi mi się ona w dość ponurych barwach [nie będę miała z czego żyć, umrę młodo]. Pochłania to mnóstwo energii przez co nie jestem wydajna w czynnościach, którym chciałabym się poświęcić na tutaj i teraz. Złoszczę się, wpadam w depresję, boję się. Bardzo rzadko udaje mi się uzyskać stan pełnej motywacji i skupienia na tym co aktualnie robię.
Żeby jednak oddać sprawiedliwość myślę, że dziś mi się to udało. To mój pierwszy sylwester trzeźwy od nie wiem, 20 lat? I postanowiłam go spędzić w pracy, bo wiedziałam, że ta noc będzie totalnie absorbująca i nie będę miała czasu myśleć o głupotach. Dokładnie tak było. Dlatego nowy rok postanowiłam zacząć nie z kacem [wyjątkowo], a z listą konkretnych zadań, które na ten rok sobie wyznaczyłam. Do każdego zadania prowadzi konkretna droga, którą powoli, krok po kroku zamierzam kroczyć, bo wykończę się nerwowo jak nadal będę pływać we wspomnieniach lub nierealnych wizjach. Wszystko sprowadza się do tego, że będzie mi się lepiej żyło, gdy przestanę być swoim największym wrogiem, bo większość życia spędzam albo na ganieniu samej siebie za błędy przeszłości albo na wmawianiu sobie, że nie poradzę sobie z przyszłością. A może wcale tak nie będzie, może mam w sobie tyle siły, żeby to wszystko dźwignąć? Wystarczy, że wezmę się do ciężkiej pracy i skupię na tu i teraz. Tylko tyle i aż tyle.