Źródło: Pixabay
Dzień dobry? No więc jak było z tym snem dzisiaj?
Wieczorem spaliłam sobie blanta CBD co chyba nie będzie moją ulubioną formą jego spożywania, bo po prostu ostatnio nawet fajki mi nie smakują. Nie wiem czy coś się w płucach od biegania przestawia, ale palę coraz mniej także po kawałku blanta wzięłam melatoninę, olej CBD i zasnęłam. Sen był kilkugodzinny, więc zamierzam to kontynuować w najbliższych dniach. Mam trzy buteleczki oleju kupione kiedyś po pijaku także to będzie mój poranny zestaw naprawczy na dobry sen: melatonina + olej CBD. Nawet jeśli to placebo to mam to gdzieś, spałam nieźle i to dobry prognostyk na najbliższe dni, że jest nadzieja, że się wyśpię i będę bardziej wypoczęta.
Jak wstałam przywitał mnie deszcz i trochę miałam rozterek czy iść biegać czy nie, ale stwierdziłam, że przez najbliższe pół roku taka właśnie pogoda będzie [na szczęście], więc nie ma co szukać wymówek tylko jazda. Biegało się ciężko ze względu na wiatr, ale było fajnie. Wtorek to dzień mojego długiego wybiegania o ile można tak mówić w moim przypadku, a celem treningowym było przetruchtanie 800 metrów, co udało mi się zrealizować. Dzisiaj pierwszy raz mój trening nie został oceniony na "Brawo" co wcale mnie nie dziwi, dostałam ocenę "jest pole do poprawy". No jest i to wielkie dlatego trzeba zapierdalać.
Mam takie poczucie, że nie daję z siebie wszystkiego. Cały czas mam z tyłu głowy, że muszę zachować dużą rezerwę sił no bo jak wrócę do domu. Przeżywam to co najmniej jakbym wybiegała 50 kilometrów od niego, a nie 500m w linii prostej. Tak czy siak kolejny tydzień treningów rozpoczęty, jestem zadowolona, że w ogóle się poruszałam i oby tak dalej.
Jak wróciłam to wiadomo prysznic i micha zdrowia wjechała. Tym razem w składzie roszponka, sałata lodowa, ogórek, mozzarella, gruszka, pestki dyni i sos miodowo - musztardowy. Wszystkie makro elegancko wliczone. Lubię siebie jak o siebie dbam.
Jak to u mnie bywa dzień nie mógł być za bardzo sielankowy, bo wiadomo dlatego postanowiłam zgubić klucze do Hive. W swej inteligencji niepojętej zapisałam sobie klucze oczywiście wszystkie, ale te publiczne, więc jak mnie wylogowało z Hive to nie mogłam się zalogować nigdzie. Mój popłoch był przeogromny, na szczęście przypomniałam sobie, że przecież mam master key i za jego pomocą wszystko sobie ogarnę. Problem tylko polegał na to, że po pierwsze długo mi zajęło przypomnienie sobie, że coś takiego istnieje, a po drugie schowałam go na tyle skutecznie, że sama miałam problem, żeby sobie przypomnieć gdzie. Nie ukrywam, ciśnienie mi skoczyło, ale już swój błąd naprawiłam i wszystkie [PRAWIDŁOWE!] klucze są już zapisane w kilku kopiach w różnych miejscach. No cóż. W moim życiu nie może być nudno.
Potem ogarnęłam trochę mieszkanie. Muszę się pochwalić, że ogarnęłam sobie w szafie dwie półki na taką jakby spiżarkę na produkty spożywcze, a w drugiej szafie zrobiłam sobie miejsce na przechowywanie zapasów chemii. Staram się dbać o moje finanse i jednym z elementów tych starań jest to, że kupując produkty, których potrzebuję kupuję ich więcej jeśli są w niższej cenie niż zwykła. Dodatkowo ostatnim razem zamówiłam produkty sypkie na Allegro co wyszło znacznie taniej niż w sklepie i dzięki temu nawet gdybym teraz miała kryzys finansowy to o głód martwić się nazbyt nie muszę. Zaczerpnęłam inspirację z filozofii Domowego Survivalu, których kiedyś namiętnie nawalona oglądałam i coś mi w głowie zostało, a teraz trzeźwa chcę wrócić i przyswajać ich wiedzę, bo podoba mi się planowanie przygotowania na trudne czasy. A trudne czasy to nie tylko wojna, apokalipsa czy zagłada ludzkości, ale choćby utrata zdolności pracy. Zaczęłam od przygotowania miejsca, ostatnio korzystając z promocji kupiłam trochę chemii [szampony, płyny do płukania, pasty do zębów], a ze spożywki płatki owsiane [jem prawie codziennie], makarony, mąkę. To, co już mam jest ładnie poustawiane datami przydatności do spożycia choć myślę sobie jeszcze, że w kolejny wolny poniedziałek przygotuję sobie taki arkusz, aby te daty mieć spisane w jednym miejscu i kontrolować czy coś nie zacznie się zbliżać do końca. Wydaje mi się fajna sprawa, zobaczymy jak będzie w praktyce. Na pewno już po kilku dniach pełnowartościowego odżywiania widzę duży, pozytywny wpływ na moje finanse, bo wbrew pozorom śmieciowe jedzenie wychodzi duuużo drożej niż wartościowy posiłek. Albo inaczej: wartościowe jedzenie nie musi być drogie, za to śmieciowe wychodzi drogo zawsze. Plus w dłuższej perspektywie do śmieciowego warto doliczyć wycieczki do lekarzy i koszty leków.
Popołudniu spotkałam się prywatnie z moją byłą terapeutką, bo potrzebowała pomocy transportowej, zapaliłyśmy papieroska, pogadałyśmy. Cieszę się, że gdy się widzimy traktuje mnie prywatnie, a nie jak terapeutka, bo bardzo ją lubię i szanuję na gruncie prywatnym również. Pochwaliłam się, że biegam już trzeci tydzień z planem treningowym choć trudno to nazwać bieganiem i dostałam propozycję wspólnego pobiegania jak jej zdrowie zacznie na to pozwalać. Ucieszyło mnie to mega, bo myślę, że bieganie z kimś może być ciekawym doświadczeniem, a nie mam wśród swoich znajomych nikogo, komu chciałoby się ruszyć tyłek. Mam w planach zapytać na mitingu w przyszłym tygodniu czy ktoś może nie chciałby się wybrać tak o potruchtać i pospacerować.
Kolejną taką produktywnością z dnia dzisiejszego jest to, że uporządkowałam sobie suplementy, żeby w końcu je przyjmować. Różnych metod próbowałam: przypomnień w telefonie, magicznych pudełeczek, gdzie tabletki były poukładane, kartek na lodówce, przyzywania pradawnych bogów, żeby mi przypominali i gówno. Cały czas zapominałam brać leki. Dlatego też dzisiaj wzięłam się za bary z ogarnięciem kuchni i elegancko poukładałam wszystkie przyjmowane [od dzisiaj ehehe] suplementy i leki koło herbat i czajnika. Dzięki temu widzę je kilka razy dziennie i dzisiaj już rano elegancko po bieganiu przyjęłam magnez, witaminy i minerały, kwasy omega [muszę koniecznie o nich pamiętać, bo nie jem ryb], witamina D 8000, leki. Jak to nie pomoże w regularności przyjmowania to nie wiem, chyba sobie przykleję do czoła te tabletki.
Wieczorem na kolację wjechała owsianka, a do pracy wzięłam sobie kawę zblendowaną z odżywką białkową o smaku ciasteczka. A co tam, skoro zmieściłam w makro to wszystko gra. Ogólnie muszę kupić masło, żeby robić sobie kuloodporną kawę, bo mega lubię i średnio idzie mi nabijanie tłuszczy, więc dwie korzyści w jednym.
Trochę był to dla mnie zabiegany dzień, ale bardzo satysfakcjonujący. Jestem leniem, z pijanego wiecznie wszystko odkładam, olewam, jakoś to będzie, a gdy mam takie dni jak ten, że nie zajeżdżam się, ale powoli, metodycznie wykonam jakąś dobrą robotę to jestem z siebie po prostu zadowolona. A docenienie samej siebie przychodzi mi najtrudniej, wszak wiadomo, że wszyscy dookoła są wspaniali tylko ja chujowa. Odkryłam też ciekawe zjawisko dotyczące biegania. Jak traktowałam bieganie jako ucieczka przed piciem i problemami to strasznie mnie to bieganie wkurwiało. Teraz, przy tym podejściu do biegania coś mi w głowie przeskoczyło i traktuję to jako zabawę plus drogę do lepszego, zdrowszego życia i nagle jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki jest fajnie, mam fun i nie mogę się doczekać każdego dnia treningowego. Czasem aż korci, żeby się wyrwać poza jego ramy i biegać dodatkowo, ale stwierdziłam, że chcę się trzymać planu, bo wtedy będzie wszystko zrobione rozsądnie.
I tyle. Dopiję kawę i do pracy rodacy. Koniec laby, ale nie ukrywam, że głowa mi odpoczęła jak powinna. Gorzej z ciałem, ale nad tym będę pracować.
Do jutra!