Źródło: fotografia własna
Dzień dobry.
Noc upłynęła mi męcząco. Głównie dlatego, że było dość mało kursów, a to bardzo potęguje mój strach o moją przyszłość finansową. Poziom lęków na tym gruncie jest ostatnio zniewalający i nie bardzo potrafię sobie z nimi poradzić. To chyba ta choroba mnie tak rozbiła, bo nie dość, że wydatki [leki] to jeszcze nic nie zarobiłam przez ponad tydzień. Pocieszam sama siebie myślą, że najwyżej będę miała opóźnienia w spłacie, ale to żadne pocieszenie tak naprawdę, bo jak to wszystko się zapętli to dopiero się zesram. Tracę poczucie wpływu na moją sytuację i bardzo mi się to nie podoba.
Miałam w nocy dziwny kurs. Odbierałam babę ze szpitala z dzieckiem tak na około około 2 letnim. Dziecko biegunki, odwodnienie i tego typu cuda [na szczęście bez przebojów w aucie], a matka w środku nocy, bo była prawie druga godzina zabrała je ze szpitala, ponieważ na sali spała chrapiąca matka i jej dziecko nie mogło się przez to wyspać. No kurde, nie wiem, nie mam dzieci i nie zamierzam mieć, ale wydaje mi się, że chyba wolałabym, żeby moje dziecko spało w jednej sali z chrapiącą babą i było przebadane i otoczone odpowiednią opieką medyczną niż spartańsko w środku nocy jeszcze z wenflonem w ręce wyrywać dziecko do domu. Nie wiem, dziwna chyba jakaś jestem, bo tego nie pojmuję.
Wróciłam do domu potwornie zmęczona i padłam spać. Ale to nie jest zmęczenie na skutek przepracowania czy niedospania. To zmęczenie ogólnym napięciem i nerwowością. Łykam leki, łykam witaminki, staram się ze sobą pracować i mam nadzieję, że ten stan w końcu ulegnie poprawie. Za dwa tygodnie mam kolejną kontrolę u psychiatry, jeśli nadal będzie nieciekawie to wspólnie z nią znajdę rozwiązanie, bo może jest coś, co mogę zrobić lepiej lub inaczej.
Jak wstałam to pojechałam oddać książkę do biblioteki i po raz setny odbiłam się od drzwi, bo w czasie wakacji biblioteka pracuje w niestandardowych godzinach. Wkurzyłam się, bo to oznacza, że będę miała opóźnienie w oddaniu książki, bo nijak przez ostatni czas nie mogłam się wstrzelić w godziny funkcjonowania placówki. Wkurzyłam się, bo nie lubię spóźnialstwa, a do tego jeszcze dojdzie kara finansowa. No masakra.
Jest strasznie upalnie, więc znów dla dobra mojego kudłatego przyjaciela czekają nas nocne spacery. Nie przeszkadza mi to, trochę dzięki pracy na taksówce oswoiłam w pewnym stopniu lęki przed przebywaniem w nocy poza domem. Nie mogę wyjść z podziwu i wkurwienia nad nieodpowiedzialnością ludzi, którzy łażą z psami w środku dnia po tej betonozie. Bezmyślność porażająca w swej skali.
Obiad, kawka, witaminki, leki i do pracy rodacy. Tylko praca mnie ostatnio trzyma w ryzach dając resztki iluzorycznego wpływu na moją sytuację finansową. Aczkolwiek chciałam też sama siebie pochwalić za dyscyplinę publikowania tutaj wpisów. Nawet jak mi się nie chce to się mobilizuje, bo bardzo mi to służy w rutynie dnia. Także przybijam sama sobie piątkę i lecę do pracy.
Do jutra!