Plan dnia taki, spóźnię się do pracy o godzinę, ale dzięki temu ogarnę badania krwi, na które wybieram się od pół roku. Oczywiście przychodnia - wszystkie w okolicy też - pracują tak, że w godzinach mojej pracy nie ma szans tam się dostać, nie mówiąc już o badaniach.
W każdym razie, jak zapewne się domyślacie, nie udało mi się zrobić tych badań. Najpierw pielęgniarka spóźniła się 20 min, a potem przede mnie weszła kobieta w ciąży (jak miałem odmówić), ale następnie pielęgniarka wcisnęła przede mnie babe na krzywą cukrową. Tego było za wiele - mocz do kosza. Najwyżej umrę i nie będzie mojej składki. Urlopu nie wezmę, żeby kuźwa krew oddać. Urlop nie jest po to. A poza tym, nawet jakbym wziął urlop czy L4 to i tak swoją robotę będę musiał zrobić, czytaj nadgodziny, za które nikt mi nie zapłaci (nienormowany czas pracy). Nie lubię brać home office, bo do nie mam potrzebnego sprzętu do tego w domu. Czy wy też tak macie?
No ale przez głupią i nikomu niepotrzebną wycieczkę do ośrodka zdrowia nabiłem 3k kroków poza dziennym standardem. Jak śpiewała klasyk 'cieszmy się z małych rzeczy'
Na zewnątrz zimno, ale z żoną twardo wybraliśmy na przymusowy spacer po auto do mechanika i tak jakoś pykło tyle kroków. Choć nie ukrywam, że nie było to super przyjemne. Na całe szczęście, smog nie był tragiczny.
Co do zimna to muszę się trochę pochwalić, że morsuję co nieco od zeszłego roku, a dodatkowo zimą jeżdżę na nartach. Zauważyłem też u siebie, że te pierwsze dni niskich temperatur są najgorsze póki człowiek się nie przyzwyczai. Dlatego też się przyzwyczajam.
Na zdjęciu widać widać budynek Akadymije Muzycznej w Katowicach.