SAMOTNOŚĆ

rozku(67)
Published in
#polish
Words
1416
Reading
7 min
Listen
Play
9y

SAMOTNOŚĆ



Może zacznę od filmu "Egoiści".
Oglądniętego lata temu.
Niewiele z niego pamiętam, poza mocną psychodeliczną aurą i mętną treścią.
Oraz obrazami, które trafiały mnie w poszarpane serce,
i tym jednym kawałkiem Edyty Bartosiewicz:

.




Edyta Bartosiewicz - "EGOIŚCI"

Od grzechu gorsza jest samotność
Oko Boga
pod brudnym makijażem..
W ciebie wpatrzone
przed obcych bóstw ołtarzem.
Kolejny raz przepastna noc wyrywa Cię na próbę sił,
Kolejny raz przegrywasz z nią,
Lecz wierzysz wciąż,
jakimś jednym cudownym tchnieniem
Na powrót staniesz się boskim stworzeniem.

Czy już nie jest za późno?
Czy już nie jest za późno?

Dawnych miłości wyschnięte oceany.
Czy już nie jest za późno?
Nie jest za późno...
Nie jest za późno...
Ścieżki sumienia śniegiem usypane.
Czy już nie jest za późno?

A ty płyń
płyń
Do brzegu płyń ostatkiem sił..

Twoja samotność
gorsza jest niż grzech.
Więc grzeszysz by zabić
przed swoją samotnością lęk..

You got a feel me up..."



(..)
Boże, jak ta piosenka przeryła mi wtedy głowę!.
Nawet teraz mam ciarki..

(nawiasem:
czy umiecie oddzielić, rozeznać: kiedy dany
"przekaz jest mocny, i łzy wam płyną",
gdyż-ponieważ ten przekaz jest mocny sam w sobie,?
a kiedy
"przekaz jest mocny i łzy wam płyną",
bo akurat jesteście na pewnym etapie życia, w którym wystarczy jedno słowo-klucz,
jeden obraz, jeden dźwięk.. i tajne drzwi do waszej skrytki (rany, wspomnienia) otwierają się samoistnie?

Ja mam tak bardzo często,
i np. po latach zdarza mi się konfrontować z kimś jakiś film, książkę, piosenkę,
i ktoś mi boleśnie: "rety, co to był za gniot"!
:) a ja się rozpływałam przy nim - i to nie dlatego, (być może), że dany film był taki dobry, ale dlatego, że jakiś jeden moment, fragment, aspekt tego filmu, dotknął mnie wówczas prosto w jakieś miękkie miejsce.
(noo dobra, może gniotu bym nie oglądała, tak tylko obrazowo to teraz przedstawiam :)
Po prostu zdarza mi się cenić jakieś dzieło, tylko dla Jednego, zawartego w nim Aspektu.

Ten utwór (Bartosiewicz), to zapis tamtego konkretnego roku,
ale i dowód mojej klęski, mojego stanu z tamtych dni.
Takie zdjęcie mojej rozmazanej łzami twarzy.
(wybaczmy zakochanej, niepoczytalnej istocie).

Ciężko się wraca do takich emocji, ciężko przyznaje do własnej bezradności,
ciężko opowiada o rozpaczy.
Człowiek, który w miłości oddał wszystko, jest nagi i bezbronny.
Po latach można ocenić to inaczej, można np. poczuć zażenowanie.
Albo można też z całą klarownością stwierdzić, że - mimo wszystko - naprawdę umiało się kochać.




Ale to Nie o Miłości będzie tym razem.

Teraz będzie o czymś innym.
Teraz będzie o tym jednym zdaniu,
które w utworze "Egoiści" wwierciło mi się w głowę dramatycznością tej frazy:

"Od grzechu gorsza jest samotność.
Samotność gorsza jest niż grzech."

SAMOTNOŚĆ.
Jakie skojarzenia wywołuje w Was to słowo?

Gdyby tak zapytać szarego przechodnia na ulicy?
Czy istnieje bardziej znienawidzone przez ludzi doznanie, stan, poczucie?
Czy Samotność ma jakiś swój koloryt, czy jest jedynie czarną dziurą bez dna?
Dlaczego ludzie tak boją się tego stanu?

(Stereotyp:
uważaj, bo będziesz stary i samotny, nikt cię wtedy nie odwiedzi,
dzieci się na ciebie wypną, przyjaciele odejdą lub umrą.
Co się za tym kryje?
Starość, Samotność, Smutek.
Pustka. Próżnia. Rozpacz.)




Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie, (przeczytany swego czasu) artykuł o Największych Lękach człowieka. Strach przed samotnością, był tam w haniebnej czołówce.

("Samotność, prawdziwa samotność bez złudzeń,
to stan poprzedzający obłęd lub samobójstwo."
E.M.Remarque)



Oczywiście znamy antropologiczną teorię "Efektu Wioski".
Poza tym, rozróżniamy wiele odcieni samotności.
Czym innym jest celowe izolowanie się od innych, a czym innym poczucie opuszczenia.

Czym innym jest "Samość" (zosia-samosia:),
a czym innym potrzeba zagłuszenia własnego wewnętrznego głosu, który w ciszy brzmi zbyt głośno.

Czym innym jest samotność z wyboru, czym innym z wyroku.
Inaczej wreszcie, odbiera ten stan introwertyk, a inaczej ekstrawertyk.




Prawdą jest też, że nowo narodzone dziecko ma naturalną potrzebę -niemalże- symbiozy z matką.
Ale stopniowo staje się coraz bardziej ciekawe świata, coraz bardziej otwarte na innych,
coraz bardziej od matki "odklejone", coraz częściej budujące własne, odrębne doświadczenia.
Coraz chętniej odseparowane także i od innych.

Mądrze jest pozwolić mu zaznać samotni, samotności i ciszy.
Może to nie być łatwe w czasach zgiełku i wszędobylskiego bełkotu.
Osacza nas kakofonia informacji (czy tez dezinformacji), taki codzienny szum, chaos mniej lub bardziej istotnych zdarzeń.
Dzisiejsze dzieci są często przestymulowane, mają nadmiar lekcji oraz zajęć pozalekcyjnych.
W ramach rozrywki sięgają po elektronikę, (spirala rozedrgania), i tak w kółko.

Tak jakby stan spokoju, ciszy, bezwładu zamyślenia, czasem smutku, natychmiast trzeba było zmniejszyć, zagłuszyć, zabodźcować.
"Boimy się samotności, bo stawia nas twarzą w twarz ze sobą."
W.Eichelberger

Człowiek w panicznym strachu przed samotnością, ucieka w stymulanty.
I popada w rożne absurdy i chore sytuacje.
W nałogi, w kompulsywne rzucanie się w kolejne związki i płytkie relacje,
w wirtualną rzeczywistość, w plastikowy sztuczny świat, w bylejakość, w byle co.

W "grzech" :/
W cokolwiek, co zagłuszy lub znieczuli w nim poczucie samotności.
Odczuwanie smutku, bólu czy pustki - często zamula psychotropami.
(Żyję w prozakowej aglomeracji, więc dobrze wiem o czym mówię.)




Co jest z człowiekiem nie tak, że nie może wytrzymać we własnym towarzystwie?
A skoro sam tego nie potrafi, to jak to mają zrobić inni?




Osobiście, mam ogromną potrzebę, pragnienie i dążność do samotności.
To moja siostra bliźniaczka.
Jestem z nią bardzo zżyta i wręcz nie pozwalam jej sobie odebrać.
Jest mi niezbędna do higieny umysłu.

..
Ale zawsze tak nie było.
Musiałam się jej nauczyć, oswoić, zaakceptować.
Doskonale zdaję sobie sprawę, kiedy rozpoczęła się moja przygoda z samotnością,
wiem kiedy pierwszy raz jej dogłębnie zaznałam (dzieciństwo),
wiem też skąd się wziął taki mój wewnętrzny smutek i z czego wówczas wyniknął.
(Pomimo wielkich pokładów poczucia humoru, to tak ogólnie dużo bliżej mi do smutku.)

Ten smutek nie jest wadą, nie trzeba go zmniejszać, naprawiać, zakręcać, zagłuszać.
(Mówię tu o "wadzie" w takim sensie w jakim mówi się np.: "wada serca".)
On nie jest wadą, tylko częścią mojej osobowości.
Jak wspomniałam: po części jest nabyty, po części wrodzony (bo skłonność musiała być już wcześniej) i zupełnie mi już nie przeszkadza.

Podobnie jak nie przeszkadza mi moja skłonność do samotności.
(Ciekawe, swoją drogą, że MI nie przeszkadza, ale INNYM - tak!, (tzn.ta moja skłonność :),
(i często np.próbują mnie z Niej wydobyć.)

Mam swoją rodzinę, mam dziecko, mam kochanych oddanych przyjaciół..
..ale gdy po wypełnieniu dnia pracą, rozmowami, emocjami,
hałasem, oczekiwaniami innych, i empatycznym odbiorem świata,
ogólnie: po całej tej eskalacji wrażeń danego dnia,
gdybym wreszcie NIE została chwilę sama,
to chyba zaczęłabym gryźć ścianę, kąsać ludzi, warczeć na wyimaginowane cienie.

Samotność jest mi niezbędna, konieczna i upragniona.
Muszę się wtedy natychmiast odseparować od świata, bo inaczej przestaję słyszeć własne myśli
(i dostaję tzw. xxx szału :).



WRAŻLIWOŚĆ

Ogólnie też, mam wrażenie, że samotność, (oraz bliski jej - jakiś rodzaj zamyślenia), stoi na straży ludzkiej Wrażliwości.
Przytępiając smutek np. farmakologicznie, tracimy też część naszej wrażliwości.
(Oczywiście są też i plusy takiej sytuacji, bo przytępiając tę wrażliwość, zagłuszamy też ból chorej rzeczywistości, którą obserwujemy na zewnątrz.
Wiadomości o patologii tego świata, o wykolejeńcach znęcających się nad zwierzętami,
o gwałcicielach dzieci, o barbarzyńcach rujnujących nasz wspólny dom - nie rozwalałyby mi tak systemu.
Takie kwestie spływałyby także po wrażliwych osobach, nie czyniąc im szkód.
Ale i nie powodując żadnych społecznych i charytatywnych akcji, przyczynku ważnych zmian.)
Bogu niech będą dzięki za wrażliwych ludzi!




Ale odpłynęłam od tematu.

Podsumowując:
Moja Samotność daje mi też po części, poczucie Wolności.
Nie potrzebuję desperacko ludzi, by zapełniać nimi własne deficyty.
Nie paraliżuje mnie ten paniczny strach, strach przed samotnością,
lęk przed opuszczeniem, lęk przed Smutkiem - bo już go mam i jest oswojony:)
Umiem być sama, umiem się tym cieszyć, nigdy się ze sobą nie nudzę,
umiem zaaranżować sobie życie, czas wolny,
i przestrzeń pomiędzy (mniej lub bardziej uzasadnioną) "zajętością".
Zainteresowań wystarczy mi na kilka życiorysów do przodu.




A u Was jak?
Jak odbieracie Samotność?
Czy napawa was strachem? Czy podchodzicie do niej ze spokojem?
Które utwory kojarzą Wam się z tym stanem?
("samotność to taka straszna trwoga.")

Macie takie swoje ulubione kawałki, które przewiercają was lękiem, albo rozdzierają duszę?
(Ja mam jeszcze kilka innych, także ciąg dalszy tematu nastąpi:),
zwłaszcza, że wiem, że go nie wyczerpałam.



(..)
Obserwacja marginesowa:
Osoby ciekawe, spełnione, mające własne zainteresowania, pasje, własne życie,
(nie wiszące kurczowo na innych),
to - nawet jeśli same uciekają w samotność, to nigdy nie zostają pozostawione sami sobie, nie zostają zapomniane.
To inni dążą do tego, by z nimi pobyć, by im potowarzyszyć, by z nimi poprzebywać. Zaczepiają, sprawdzają, pytają jak żyjesz.
Zatem, bez obaw :)




Ostatecznie, zawsze pozostaje nam jeszcze Jedno, niezawodne zjawisko:
KOT!
("Kto posiada kota, nie musi się obawiać samotności."
Daniel Defoe :)

...

SAMOTNOŚĆ | Ecency