Promieniowanie Zenka

Words
776
Reading
4 min
Listen
Play
5h

Jesteśmy prostymi zwierzętami. Można kręcić nosem na muzykę Disco Polo i twierdzić, że nie ma lepszego gatunku muzycznego niż Tool, ale każdy w Polsce zna tekst piosenki, która od lat leci w każdego Sylwestra od wyspy Wolin po Przemyśl.

Ciekawe, jak bardzo ludzkość potrzebuje szkiełka i oka, żeby zracjonalizować sobie miłość. Zwłaszcza taką która pojawia się po północy i po 5-tym modżajto. Do tej pory próbowaliśmy tłumaczyć to jako stan przedzawałowy połączony z nagłym zanikiem zdolności logicznego myślenia, poezją, feromonami albo nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Zdarza się, że na potupaję przychodzi fizyk – albo ktoś z autorskim zacięciem do naginania praw termodynamiki – i mówi wprost: żadna tam magia, żaden Kupidyn ze zardzewiałym łukiem. To jest, kurczę, czysta fizyka jądrowa na poziomie lokalnym, gdzie rolę reaktora pełni wiejska remiza, a paliwem spojrzenie rzucone znad stołu z sałatką jarzynową.

Weźmy taki klasyczny stan podstawowy. Człowiek egzystuje w miarę bezobjawowo. Je rosół, płaci rachunki, od czasu do czasu pomyśli o wymianie klocków hamulcowych w Octavii i ogólnie ma stabilność psychiczną betonowego krawężnika. Minimalna energia, zero napięć, święty spokój. I nagle w polu widzenia pojawia się anomalia.

Zaczyna się od wersów, które stanowią idealny opis przejścia układu kwantowego ze stanu podstawowego do wzbudzonego:
„Odkąd zobaczyłem ciebie / Nie mogę jeść, nie mogę spać"
Klasyczny efekt wystawienia na promieniowanie jonizujące.

A poza tym, skąd bierze się ta specyficzna, nienaturalna zieleń, która uruchamia cały ten proces? To nie żaden genetyczny kaprys, lecz efekt Czerenkowa połączony z luminescencją soli radu. Oczy ukochanej to w rzeczywistości pręty kontrolne reaktora jądrowego, które osiągnęły stan krytyczny. Wystarczy ułamek sekundy, jeden kwant światła odbity od siatkówki, żeby w tym precyzyjnie skonstruowanym mechanizmie doszło do katastrofalnego skoku energetycznego. Elektron przeskakuje na wyższą orbitę, chociaż nikt go o to nie prosił, a w głowie zaczyna się synteza termonuklearna. Znikają zdolności poznawcze, apetyt szlag trafia, a jedynym sensownym parametrem fizycznym staje się odległość między jądrami a parkietem.

Kiedy podmiot liryczny dodaje w refrenie:
„Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem! / Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask.”
wkraczamy w dziedzinę promieniowania elektromagnetycznego. Z punktu widzenia astrofizyki to oczywiście bezsens – gdyby Słońce i wszystkie inne gwiazdy oddały swój blask na potrzeby jednego wesela w powiecie, planeta spłonęłaby w ultrafiolecie. Ale w warunkach polskiej imprezy okolicznościowej prawa fizyki ulegają pewnemu lokalnemu nagięciu. Cała energia wszechświata skupia się na powierzchni parkietu o wymiarach 6 na 8 metrów. Reszta Drogi Mlecznej może się schować w ciemnym koncie za stanowiskiem kapeli, bo ich luminancja przy tym zestawie jest statystycznym błędem pomiarowym.

Zjawisko to szybko przeradza się w reakcję łańcuchową i gwałtowny rozpad strukturalny, co idealnie oddaje wers:
„A ja serce miłości spragnione ci oddałem / Tak zakochać, zakochać się można tylko raz.”
To podręcznikowy opis niekontrolowanej eksplozji termojądrowej, w której masa zamienia się w czystą energię, a jądro atomowe – po oddaniu części siebie – nie ma już powrotu do poprzedniego stanu.

Najpiękniejsza w tym wszystkim jest bezradność nauki. Fizyk potrafi rozłożyć na czynniki pierwsze rozpad polonu i wyliczyć stałą Plancka, ale kiedy słyszy wers „Jak do tego doszło, nie wiem?”, zapada głęboka, akademicka cisza. Żaden podręcznik uniwersytecki nie przewidział, że koniunkcja rzęs i odpowiedniego odcienia zieleni potrafi wywołać zamianę masy w energię w ludzkiej duszy.

W kolejnej zwrotce proces zyskuje dynamikę układu bliskiego stanu krytycznego:
„Jeden uśmiech twój wystarczy / I moje serce gubi rytm”
Wystarczy minimalny impuls. W świecie fizyki mały bodziec może wywołać dużą reakcję rezonansową, jeżeli układ jest odpowiednio podatny. Wystarczy ruch palca wodzireja z keyboardem Casio, a cała sala wchodzi w fazę oscylacji nieliniowych. Wujek Zenek, zakotwiczony od dwóch godzin przy sałatce śledziowej, nagle ulega gwałtownej desynchronizacji stabilności, zrywa się z krzesła i macha rękami w rytm beatu.

„O twą miłość będę walczył / O miłość walczyć to nie wstyd.”
to już układ daleko od równowagi, w którym pojawiają się gwałtowne przepływy energii i reakcje łańcuchowe.

I tu właśnie leży fundamentalna różnica między fizyką a życiem. Atom po wyemitowaniu nadmiaru energii potrafi wrócić do stanu podstawowego i schłodzić się w laboratorium. Człowiek dotknięty zielonym promieniowaniem powrotu do bazy nie ma. Okres połowicznego rozpadu zdrowego rozsądku wynosi dokładnie tyle, ile trwa refren.

Można oczywiście udawać, że się trzyma stery, analizować sytuację chłodnym okiem i podpierać się równaniami Maxwella. Ale po co? Skoro fizyk, chemik i biolog dawno już pochylili głowy nad kuflem jasnego pełnego, obserwując z bezpiecznej odległości, jak cały system bezczelnie wylatuje w powietrze. Wystarczy uśmiech, dobrze nakręcony bit, krawaty i majtki fruną w stronę żyrandola i cała wielowiekowa cywilizacja i dobre wychowanie leży w gruzach pod naporem promieniowania z zielonej tęczówki. A człowiek – zamiast ratować resztki godności – uśmiecha się głupkowato i rzuca to jedyne, rozsądne w tej sytuacji zdanie:

„Dawaj jeszcze raz, głośniej!”

obraz.png

(fot. SI)