Jak na chodzącą sprzeczność przystało - wierzę w wolną wolę tak samo jak w determinizm.
Tenże determinizm sprawił, że pochodzę i wychowywałam się w małym miasteczku. Takim naprawdę niewielkim. Niespełna trzy tysiące mieszkańców, parę ulic na krzyż, wszyscy znają się do kilku pokoleń wstecz. Wychodząc na spacer, po dwudziestu minutach zamykasz pętlę. Nie sposób pozostać anonimowym, nie sposób nie uczestniczyć w tej społeczności.
A przeprowadzka do Poznania niewiele zmienia.
I choć obecnie bywam tu rzadko - raczej na święta i w odwiedziny - nie sposób ukrywać wpływu, jaki miało na mnie to miejsce. Jak śpiewa CF98 w jednym z kawałków:
Nie byłabym tym, kim jestem gdyby nie czas i to miejsce.
Ale kim byłabym, gdybym została - nawet nie chce wiedzieć.
I nadszedł 1 listopada, i wróciłam. I wyjątkowo intensywnie odczułam w tym roku atmosferę przemijania.
Śmierć nie powinna nas zbytnio przerażać, w końcu dotyczy wszystkich. Paradoksalnie to najbardziej ludzka rzecz, jaka może człowieka spotkać (i spotka). Przeraża nas jednak. Chyba przez jej nieuchronność. Nie mamy wyboru, nie istnieje wyjście awaryjne. Jest tylko zawieszona w bliżej nieokreślonej przyszłości groźba (?) obligatoryjnej konfrontacji.
Pamiętacie, gdy jako dzieciaki obserwowaliście dziadków, a potem rodziców, zapalających znicze na grobach osób urodzonych w niepokojąco zbliżonych do nich rocznikach? Pamiętacie jak z roku na rok tych zniczy przybywało? Pamiętacie ciężar tej chwili milczenia przed pomnikiem?
I nastał dla mnie ten moment, ta chwila, w której przestałam obserwować. Daty na nagrobkach są coraz świeższe, wchodzą pod powieki, przywołując przeszłe obrazy, przywołując łzy czy siąpanie nosem (które w tym roku wyjątkowo ciężko zrzucić na karb pogody). I nastał dla mnie ten moment, w którym ta chwila milczenia przed pomnikiem to jedyne, co pozostaje.
I nastał ten moment, w którym o przemijaniu bardziej przypominają żywi. W drodze na cmentarz mijałam wczoraj dziesiątki - setki - osób, znanych dawniej i wcześniej. Dla których czas w tym miasteczku się nie zatrzymał. Dla których - w mych oczach - przyspieszył.
Pani, spotykana dawniej, gdy jechała na rowerze - dziś chodząca o kulach. Pan, do którego chodziło się po lody wracając z podstawówki - dziś na wózku. I jakoś im szerzej oczy otworzyć, w znajomych ludziach widać jakoś mniej siły a więcej siwych włosów.
I jakoś tak- nieokreślenie. Nie wiem czy jest inne święto, w którym tak wiele osób przebywających w jednym miejscu jest tak bardzo samotnych - jednocześnie będąc wyjątkowo połączonymi z wszystkimi wkoło. I mam wrażenie, że nie tylko żyjącymi tu, na ziemi - lecz także tam.
zdjęcie: https://pixabay.com