Pojawienie się Roberta Galbraitha jako nowego autora na rynku powieści detektywistycznych początkowo przeszło bez większego echa. Podobno był to w pełni zamierzony zabieg marketingowy – chodziło o to, by w razie klapy nazwisko J.K. Rowling, matki sukcesu Harry’ego Pottera, nie zostało z tym powiązane. Choć sprzedaż debiutanckiego „Wołania kukułki” z początku nie rzucała na kolana, to książka zbierała znakomite recenzje. Dopiero wtedy autorka zdecydowała się ujawnić karty. Mimo że świat poznał prawdę, Rowling konsekwentnie wydaje kolejne przygody Cormorana Strike’a i Robin Ellacott pod pseudonimem.
„Jedwabnik” to drugi tom tego cyklu. Po spektakularnym rozwikłaniu zagadki śmierci słynnej modelki, Strike nie może narzekać na brak zleceń. Pewnego dnia w jego skromnym biurze zjawia się Leonora Quine z prośbą o odnalezienie zaginionego męża, pisarza Owena Quine’a. To nie pierwszy raz, kiedy literat znika bez słowa, ale dotychczas po tygodniu zawsze wracał ze skruchą do domu. Strike podejmuje sprawę wbrew wszelkiej logice biznesowej – klientka ledwo wiąże koniec z końcem, a zlecenie brzmi banalnie. Detektyw wyczuwa jednak pismo nosem, a w miarę postępów w śledztwie staje się jasne, że zniknięcie Quine’a kryje drugie dno.
Pisarz ukończył właśnie swoje opus magnum – powieść „Bombyx Mori” (czyli tytułowy „Jedwabnik”), w której bezlitośnie i jadowicie sportretował niemal wszystkich swoich znajomych. Manuskrypt, który trafił do agentki, a stamtąd do rąk kilku wydawców, okazuje się groteskowy, obsceniczny i pełen okrutnych paszkwili. Quine ledwo zamaskował pierwowzory postaci: agentka, wydawca, kochanki, zazdrosny rywal po piórze – każdy ma tu swój makabryczny odpowiednik. Wszyscy mieli motyw, by manuskrypt przepadł na zawsze. Ale czy sam autor również musiał zginąć?
W opuszczonym domu – należącym wspólnie do Quine’a i Michaela Fancourta (jego wiecznego literackiego wroga) – Strike dokonuje makabrycznego odkrycia. Znajduje zwłoki związanego mężczyzny, ułożonego wśród stołowej zastawy niczym danie główne: wypatroszonego i oblanego żrącym kwasem. To Owen Quine, a makabryczna sceneria śmierci jest kropka w kropkę identyczna z finałem jego niewydanej książki. Dla policji sprawa jest prosta: główną podejrzaną zostaje żona, Leonora. Strike nie wierzy jednak w jej winę. Jest przekonany, że klucz do zbrodni tkwi na kartach „Bombyx Mori”, dlatego bez wahania zanurza się w toksyczne, literackie bagno Londynu.
Po lekturze pierwszego tomu po „Jedwabnika” sięgałem z pełnym przekonaniem. Autorka to profesjonalistka najwyższej próby, która rzemiosło opanowała do perfekcji. Prawdziwą siłą tej książki jest jednak to, że Rowling bierze na warsztat środowisko literackie, które zna od podszewki. Z jednej strony to ułatwienie, z drugiej – pole minowe, bo przesadna satyra na własne podwórko potrafi ściągnąć kłopoty (choć miejmy nadzieję, że bez finału w stylu Quine’a!). Galbraith bezlitośnie obnaża kulisy branży, portretując światek wydawniczy z ogromną klasą i inteligentną złośliwością. Nikt nie jest tu krystalicznie biały ani jednoznacznie czarny – i to największy atut tej historii.
Świetnie rozwija się również dynamika między Cormoranem a Robin. Oboje nie żyją w próżni: Strike próbuje łatać budżet mniejszymi, mniej spektakularnymi zleceniami, a Robin powoli planuje ślub z Matthew. Przez te wątki obyczajowe tempo akcji w środkowej części książki nieco siada, ale nie traktuję tego jako wady. Utrzymanie czytelnika w nieustannym napięciu przez blisko 500 stron w klasycznym kryminale graniczy z cudem, a ten oddech pozwala lepiej poczuć deszczowy Londyn.
„Jedwabnik” zachwyca powrotem do najlepszych tradycji brytyjskiego kryminału. Liczy się tu benedyktyńska precyzja, każdy najdrobniejszy szczegół ma swoje uzasadnienie, a finałowe rozwiązanie po prostu układa się w bezbłędną, logiczną całość.
„Cały świat pisze powieści, ale nikt ich nie czyta. (...) Potrzebujemy czytelników – mruknął Daniel Chard. – Więcej czytelników. Mniej pisarzy”. Trudno o celniejszą diagnozę współczesnych czasów, gdy każdy aspiruje do bycia twórcą, tylko odbiorców dramatycznie brakuje.
Polecam gorąco – zarówno tym, którzy znają tom pierwszy, jak i tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z Robertem Galbraithem. Każdą część można czytać autonomicznie, choć dla śledzenia genialnej chemii między Cormoranem i Robin warto zachować kolejność.
Ocena: 8/10 ⭐
W cyklu "Ostatnio przeczytałem" chciałbym się dzielić z wami refleksjami na temat przeczytanych (lub odsłuchanych) książek. Kryminały i powieści sensacyjne są mi zdecydowanie najbliższe, ale często sięgam po political-fiction albo książki dokumentalne, biogramy czy wspomnienia.