Po trylogii "Batmana", "Incepcji", "Interstellarze" i "Dunkierce", Christopher Nolan stał się rozpoznawalnym reżyserem na świecie. Podobno jego wcześniejsze "Memento" i "Insomnia" były bardzo udane, a przynajmniej tak twierdzi jeden z moich najlepszych przyjaciół (pozdrawiam Cię, Łukasz), ale to jednak nie ten sam poziom. Gdyby nie "Batman" oraz późniejszy sukces w postaci "Incepcji" i "Interstellara", to dzisiaj o Nolanie usłyszeliby raczej tylko ci, którzy interesują się kinem. Niedzielni widzowie, bezmyślni pożeracze popcornu i popkultury, czy ludzie oglądający filmy tylko dla rozrywki, tudzież zapchania czasu, raczej by nie zapamiętali obrazów z 2000 i 2002 roku. Na szczęście (lub nieszczęście, w zależności od tego, czy lubicie jego styl), jest inaczej i Christopher jest jednym z nielicznych mainstreamowych reżyserów, który umie sprzedać nieco bardziej skomplikowane produkcje. Mam tu na myśli takie, które nie są bajkami dla dzieci lub filmami czysto rozrywkowymi, jak Marvele, czy proste filmy akcji (czyli też bajki dla dzieci, tyle że skierowane do starszych odbiorców). Nie ma w tym nic złego, w końcu wszystkie filmy służą rozrywce, ale w/w są jednak o wiele prostsze w odbiorze niż w twory np. Denisa Villeneuve'a, czy Christophera właśnie. Jak jest w przypadku "Tenet"? Tak jak pisałem w swojej niedawnej opinii, odnosząc się wyłącznie do "Dunkierki", "Incepcji" i "Interstellar", jest to najsłabszy film Nolana. Pozostałych nie widziałem, a Batman to bohater komiksów, więc to inny gatunek. Ma swoje plusy i minusy, jest to film dobry, ale rozczarowujący.
Zacznę od aspektów, które mógłbym ocenić zarówno na plus, jak i minus, ale bliżej im do tego drugiego. Chodzi o nierówne tempo i scenariusz. Bywają zbyt nudne fragmenty, które można było zdecydowanie lepiej pokazać i zrozumialej napisać, z kolei inne segmenty dzieją się odrobinę za szybko. Zwłaszcza finał, który był zbyt intensywny i moim zdaniem trudno go w pełni ogarnąć po jednym seansie. Niektóre tłumaczenia są zbyt suche, tak jakby pisał je robot wyzbyty z czynnika ludzkiego, który pisze dla podobnych sobie maszyn. Przy takich fragmentach przydałby się ktoś jak Andrzej Sapkowski, który mimo swoich niedoskonałości pisarskich, umie przedstawić pewne zagadnienia w sposób zrozumiały dla zwyczajnych czytelników, czy odnosząc to do kinematografii - widzów. Czytając opinie inteligentniejszych i mądrzejszych od siebie, dostrzegam zarzuty że "Tenet" jest trochę bełkotliwy i dalece zbyt pseudo-naukowy. Nie jestem w stanie jednak zweryfikować tych zarzutów, bo jestem zbytnim ignorantem, ale po seansie mogę na pewno powiedzieć, że jest w nich najmniej trochę racji. Jeśli chodzi o fabułę, to pomysł wyjściowy nie jest zbyt oryginalny - jest dwójka bohaterów (John David Washington i Robert Pattinson), którzy czegoś szukają. W drodze do finału i rozwiązania zagadki, natrafią na różne zagrożenia i osoby, które im pomogą lub zaszkodzą. Nie zdradzę o co dokładnie chodzi, bo to byłby spoiler psujący frajdę z odkrywania historii. Sam szkielet, jeśli go obedrzeć z naukowych niuansów, nie jest jednak niczym nowym w historii kina. W gruncie rzeczy jest to typowa intryga, którą mogliśmy ujrzeć w kinie setki razy. Nie zaliczyłabym jej do tych bardziej udanych, ani tych gorszych. Jest po prostu ok i gdyby robił to jakiś niedoświadczony lub mało znany reżyser, to nie narzekałbym, zapewne nawet bym pochwalił, ale z racji że to obraz Nolana, to miałem nieco wyższe wymagania. Od kogoś z takim doświadczeniem można wymagać więcej.
Przechodząc do bohaterów (czy raczej relacji między nimi, do nich samych odniosę się akapit później), tych również zaliczyłbym na plus, jak i minus, tym razem z lekkim wskazaniem na to pierwsze. Bardzo im ciąży brak charakteru oraz relacje między nimi, czy raczej ich brak. Żeby nie wnikać za bardzo w spoilery, to znowu odniosę się do przykładu robota - wygląda to tak, jakby Nolan był cyborgiem, który wykreował postacie dla podobnych sobie widzów. To się może podobać i jeśli o mnie chodzi, to nie przeszkadzają mi aż tak bardzo takie zabiegi, o ile pozostałe aspekty filmu ciągną jego ogólny poziom w górę, ale patrząc obiektywnie, jest to wada. Tak się nie powinno pisać relacji między bohaterami, jak również scenariusza. Nolan za bardzo skupia się na ekspozycji, postacie praktycznie ze sobą nie rozmawiają w normalny sposób, a głównie wymieniają suche fakty dotyczące fabuły. Brakuje między nimi więzi emocjonalnych, czy po prostu zwykłych rozmów, jak między zwyczajnymi ludźmi. Jak słusznie zauważył vloger prowadzący kanał Na Gałęzi, Pattinson i Washington rozmawiają normalnie dopiero pod koniec filmu, a wcześniej wymieniają się ekspozycją. Szkoda, bo Nolan poradził sobie pod tym względem zauważalnie lepiej w "Incepcji", czy "Interstellar". To samo mogę powiedzieć na temat ich charakterów, które praktycznie nie istnieją. Gdybym miał ich scharakteryzować, to musiałbym się długo zastanawiać i prawdopodobnie wyszłoby to tak, jak pisania referatu w szkole na temat, w którym się kiepsko czuję. Mógłbym rzucić kilkoma hasłami, cechami danych bohaterów, rozciągnąć esej do wymaganego limitu znaków, ale żeby powiedzieć o nich coś więcej? Musiałbym się naprawdę postarać.
Jeśli chodzi o aktorów, to w moim mniemaniu najlepiej wypadł Pattinson. Dobrze grał oczami, mimiką twarzy, jak i gestykulacją swojego ciała. Omówię to na jednym przykładzie, w którym najlepiej się to rzuciło w oczy. Robert był w pewnym miejscu, w którym musiał dokonać dokładnej analizy otoczenia, tak jakby to zrobił Batman. Zwraca uwagę na elementy pomieszczenia, z których będzie mógł skorzystać oraz organizację i ukształtowanie danego miejsca, by wiedzieć co, jak i kiedy robić. Np. wyciągi wentylacyjne (mówię w pewnym uproszczeniu, mogłem to niepoprawnie nazwać), rozkład regałów, mechanizmy kierujące różnymi zabezpieczeniami. Widać jak przesuwają się trybiki w jego mózgu, gdy obserwuje i analizuje otoczenie. Jego kunszt aktorski tak bardzo mi się spodobał w tym filmie, że już nie mogę się doczekać na jego udział w filmie "The Batman", będzie z niego przezajebisty detektyw.
Drugi w kolejności jest nasz protagonista, syn uznanego aktora Denzela Washingtona. W jego przypadku jestem umiarkowanie zadowolony. Nie mam się za bardzo do czego przyczepić, poza IMO średnio interesującym wątkiem z bohaterką graną przez Elizabeth Debicki oraz scenariuszem, który za bardzo spłaszczył jego rolę. Patrząc na to jednak z drugiej strony, trudno mi też znaleźć aspekty, za które mógłbym go szczerze pochwalić. Widać po nim umiejętności aktorskie, to na pewno, ale sposób w jaki Nolan go napisał, nie dał mu zbyt wielu okazji do popisania się a mi zbyt dużego pola do popisu. Po prostu dobrze wcielił się w swoją rolę.
Kenneth Branagh vel. Andrei Sator jest w nieco korzystniejszej sytuacji jako antagonista, bo w jego przypadku mogę napisać nieco więcej konkretów... Ale jego rola również została za bardzo spłaszczona. Na plus mogę zaliczyć jego cyniczną motywację, której nie zdradzę, bo była dla mnie w lekkim stopniu zaskakująca. Celowo użyłem słowa "lekkim", bo nie jest to coś, co by go szczególnie wyróżniało na tle przeciwników, których widzieliśmy w setkach innych filmów tego typu. Poza tym jest nerwowy, ale jednocześnie działa metodycznie i w przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu, jest raczej słowny, jeśli idzie o formułowane przez niego groźby.
O pozostałych postaciach nie mam za dużo do napisania, co najwyżej parę ogólnikowych zdań. A że nie lubię pisać o niczym, to sobie daruję. Nie jest to jednak ich wina, to zasługa Nolana który podszedł do nich w zbyt mechaniczny sposób.
Co innego natomiast w przypadku scen akcji, ale te zazwyczaj wychodzą Christopherowi w dobry sposób. Przez to, że ten reżyser nie lubi stosować CGI, gdy nie musi i ma zamiłowanie do pokazywania prawdziwych zniszczeń (jak np. wyburzenie szpitala w 2 części "Batmana", czy w przypadku "Tenet" - sekwencji z olbrzymim samolotem, który dewastuje pewien obiekt), to te sceny wychodzą prześlicznie. Jak zwykle kręcił je kamerami Imaxu, które potęgują piękny efekt destrukcji oraz wrażenia widzów, ale nie mogłem ich w pełni docenić. Do najbliższego kina z odpowiednio dużym ekranem mam zbyt daleko i byłem zmuszony oglądać "Tenet" na małej sali. Niemniej, jeśli coś jest piękne i przemyślane, to wygląda to ładnie nawet w mniejszym formacie. Sceny pościgu na Estońskiej drodze szybkiego ruchu, czy w/w z samolotem, widoczne na trailerze wyglądały ślicznie w pełnej sekwencji. Czułem napięcie, siłę pędzącego samolotu, który tratował wszystko na swojej drodze oraz prędkość pędzących samochodów. Tak samo było z finałem, którego fragmenty również były widoczne na zapowiedziach. Szczegóły sobie jednak daruję, bo byłbym zmuszony rzucać spoilerami. Mogę jedynie powiedzieć, że sceny i efekty, które oglądało się jak przy cofaniu taśmy filmowej na VHS wyglądały bardzo przyjemnie dla oka. Mógłbym się co najwyżej przyczepić do tego, że Nolan przedstawia je w jednym, odgórnie ustalonym schemacie. Wynika to jednak z tego, że trudno byłoby być w tym aspekcie oryginalnym. Niemniej, jeśli chodzi o moją subiektywną ocenę, to nie przesadził w tej kwestii.
Jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, to jest to chyba jedyny aspekt, za który mogę wyróżnić "Tenet" dużym plusem. Na ten moment wydaje mi się, że żaden z filmów Nolana nie miał tak dobrej muzyki Tylko, że w tym przypadku wieniec z drzewa laurowego idzie nie do reżysera, a Ludwika Göranssona. Jasne, to klimaty do których przyzwyczaił nas Nolan (mocne uderzenia, dynamiczne kawałki podbijające epicki klimat), ale on był tylko zleceniodawcą, mógł co najwyżej to i owo zasugerować. Nie ma co się dziwić, Szwed ma dobre wyczucie do muzyki, co pokazał nam przy "Black Panther", obu częściach "Creeda", czy serialu "The Mandalorian". Tak jak piosenki z trailerów nie podobały mi się przed seansem, tak w trakcie bardzo przypadły mi do gustu i część z nich trafiło do mojej YouTube'owej playlisty, którą sobie odpalam podczas jazdy samochodem.
Ostatecznie film mi się podobał, ale był rozczarowujący. Był przesadnie skomplikowany i źle napisany. Przez to że było zbyt dużo ekspozycji podanej w zbyt suchy sposób, to trudno było mi połączyć wszystkie wątki oraz w pełni zrozumieć przesłanie wynikające z filmu. Czego bym nie mówił o np. "Incepcji", czy "Interstellar", to były łatwiejsze w odbiorze, a ich morał bardziej zrozumiały. Może się mylę, ale wydaje mi się, że Nolan dostał za dużo wolnej ręki do działania i w efekcie wyszedł za bardzo pseudo-naukowy przekaz. Było fajnie, świetnie się oglądało sceny akcji, nieco mniej drogę bohaterów do rozwiązania zagadki, nie narzekam również na przebieg rozwiązywania całej intrygi, ale jako całokształt to zwyczajnie nie wypaliło. Dla mnie to takie 7/10. Mam nadzieję, że jeśli pojawi się ewentualny sequel, to Nolan załatwi sobie kogoś, kto lepiej przeniesie jego bardzo ciekawy pomysł na scenariusz. Dobrze, że nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań, bo bym się raczej zawiódł. Było fajnie, ale mogło być zdecydowanie lepiej.
Dziękuję Karolowi za nieocenioną korektę i pomoc.