Mimo, że czasami słyszę od znajomych lub ludzi w internecie, hasła w stylu - "Zazdroszczę ci wiedzy", "Pamiętasz o tytułach, o których większość zapomniała" etc. to mam w głowie mnóstwo kultowych tytułów, których nigdy nie było mi dane poznać. Względnie, miałem okazję, ale z różnych powodów z niej nie skorzystałem. Zazwyczaj sprowadza się to do tego, że nie zacząłem oglądać filmu, czy serialu od początku, a nie chce mi się go śledzić od środka lub w przypadku gier - nie spodobał mi się gameplay lub sterowanie, był on dla mnie zbyt trudny, nie uważałem gry za atrakcyjną. W przypadku "Half Life" było to sterowanie i zagadki. Zazwyczaj słabo sobie z nimi radzę od dziecka i jeśli natrafię na jakąś przeszkodę, to często męczę się z nią dłużej niż przeciętny gracz. Jakieś 2 lata temu, postanowiłem nadrobić wszystkie kultowe (lub takie, które są dla mnie wyjątkowo intrygujące, ale nigdy nie dałem im szansy) gry, anime, seriale. Sukcesywnie to robię i moja "lista wstydu" zmniejsza się coraz bardziej. W tym roku postanowiłem kupić "Orange Box" na Valve i... Jest to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjąłem w zeszłym roku. Ostatnio bawiłem się tak cudownie przy komputerze lub PS4, przy "Quake 1" albo "Witcher: Wild Hunt" (FighterZ nie liczę, bo w bijatykach jestem cienki, jak mocz pająka - aczkolwiek tak, plasuje się na 4 miejscu zaraz za nimi). Od lat nie czułem takiego bólu, gdy skończyło się wolne, a ja musiałem przerwać granie ze względu na konieczność pójścia spać. Niestety, jestem zachłannym grubasem, któremu trzeba zabierać zabawki, jak małemu dziecku, bo będę się nimi bawił do oporu... Cierpiąc przy tym następnego dnia.
Gra mnie urzekła od pierwszej chwili. Jasne, o większości z tych rzeczy już zdążyłem usłyszeć z ust kolegów, recenzentów, a później użytkowników YouTube'a, ale szczerze mówiąc, o wielu z nich przypominam sobie dopiero w trakcie gry. Wraz z odkrywaniem laboratorium Black Mesa, odświeżam swoje wspomnienia. Większość z nich była głęboko zakopana w mojej pamięci, ale dzięki triggerowi w postaci tej gry, momentalnie je sobie przypomniałem. Jestem zdziwiony jak wiele zapamiętałem sprzed ponad 20 lat, bo 19 listopada byłem 8-letnim chłopcem. Mimo tej wiedzy, gra wzbudza mój szczery zachwyt. Jest on tym większy, gdy po raz kolejny sobie przypomnę, że to tytuł z 1998. "Half Life 1" zapoczątkował albo rozwinął wiele rzeczy, o których zaraz napiszę. Wtedy wyszły takie hity, jak "Metal Gear Solid", "StarCraft 1", "The Legend of Zelda: Ocarina of Time", "Grim Fandango", "Thief 1", RE2, "Crash Bandicoot 3" + kilka innych, popularnych marek na PS1, "Xenogears", "Fallout 2", "Oddworld: Abe's Exodus", BG 1, "Blood 2", "Commandos: Behind Enemy Lines", czy "Shogo Mobile Armor Division". Większość z tych tytułów, jeśli nie wszystkie, zasłużyły moim zdaniem na kult, jakim są otaczane.
Tak jak fundamentem wszelkiej nauki jest filozofia, tak fundamentem wszystkich innowacji, jakie wprowadził lub spopularyzował "Half Life", jest realizm. Jasne, już wcześniej były tytuły, które wyróżniały się na tle gier "Doom-podobnych" (coś jak dzisiejszy trend z "Souls-like") - miały więcej interakcji z otoczeniem, starały się jakoś wyróżnić na tle konkurencji i samego "Dooma", ale często były to albo zmiany kosmetyczne albo o niewielkim znaczeniu. Coś jak gry MOBA, które chciały powtórzyć sukces DotA i LoLa. Niektórym się czasem udawało, twórcy zarobili na swojej pracy, ale rynek w końcu się zapchał i trzeba było wprowadzić coś nowego. Gra Valve była wówczas dalekim krokiem w przyszłość odczuwalnym na każdym kroku. Zaczynając od fabuły i immersji - w końcu mogliśmy wcielić się w zwykłego człowieka, który przyszedł do pracy, a nie jakiegoś żołnierza, siłacza-chada jak Duke Nukem, czy innego łowcę potworów. Był to zwykły naukowiec, który pracował dla rządowej organizacji. Ponadto dzięki kilku aspektom, jak np. to że Gordon Freeman przez całą grę nie odzywa się ani razu, mogliśmy ulec iluzji, że to jesteśmy my. Bronie, amunicja i apteczki nie wisiały w powietrzu lub były porozrzucane w różnych miejscach, jak w "Doomie", czy innych grach. Wszystkie przedmioty leżą tak, jakby to było prawdziwe życie. Jeżeli wdepniemy w kałużę lub np. pomieszczenie zalane wodą, gdzie wisi kabel, to stracimy kilka punktów życia. Inaczej działa też zbroja - jeżeli spadniemy z dużej wysokości, to stracimy punkty życia, a nie naszej zbroi. Jeżeli stracimy część punktów życia przez zbyt długie przebywanie pod wodą, to gdy się wynurzymy, to je odzyskamy. Jeżeli chowamy się za ścianą lub w kanalizacji, to żołnierze rzucają tam granat, by nas zabić albo wykurzyć. Nie bez znaczenia jest również fizyka oraz zaawansowane AI przeciwników, ale nie będę tego opisywał, bo się nie znam. Z tego samego powodu pominąłem kilka innowacji, które wprowadził lub spopularyzował HL1. Dzisiaj to może nie robi wrażenia (na mnie robi za każdym razem, gdy włączę tę grę), ale to Valve to wprowadziło do świata gier.
Widać to również po zaprojektowaniu poziomów. Za każdym razem chwalę obie części "Dooma" za level design - są odpowiednio rozbudowane (czyli ani zbyt prosto ani zbyt skomplikowanie, co wbrew pozorom nie było takie łatwe i niektóre firmy sztucznie je rozbudowywały, by celowo wydłużyć grę. Było to częstym zabiegiem w różnych tytułach i objawiało się w różnych przypadkach - np. "Tomb Raider" ma zbyt duże plansze, na których nic się nie robi, "WarCraft 2" z kolei miał mało efektowne farmy, przez co rozbudowa bazy częściowo przykrywała krótkość gry), gra się dynamicznie, generalnie w swoim czasie robiły olbrzymie wrażenie na graczach. Jednakże "Doom" i wiele gier tego typu miały jedną "wadę" (celowo biorę to w cudzysłowie, bo niektórym to nie przeszkadza) - zazwyczaj były one nierealistyczne. Jeżeli Tobie czytelniku to nie przeszkadza, to zgadzam się z Tobą - w końcu mówimy o produkcie, który ma nam dać frajdę i odciągnąć od problemów życia codziennego. Jednakże patrząc z drugiej strony, to równie zasadnym jest narzekanie na brak realizmu. Oceniając z perspektywy tamtych czasów, HL1 był chyba pierwszą grą, w której dało się odczuć że chodzimy po prawdziwym kompleksie badawczym. Budynki nie były tak puste, jak w innych grach, które często były zbudowane z dużych pikselów, a po wejściu do środka okazywało się, że jest tam niewiele korytarzy, przedmiotów etc.
Wspomniałem już o fabule, ale warto rozwinąć ten temat. Według Harry’ego Teasleya (jednego z projektantów gry), olbrzymi wpływ na produkcję tej gry miał "Doom". Znalazłem taką informację w trakcie zbierania informacji do tekstu, ale dało się to odczuć już od początku. Choćby sam eksperyment, który jest znacznie bardziej rozwiniętym pomysłem z gry ID. Generalnie w całej rozgrywce można ulec wrażeniu, że zespół programistów Valve zainspirowało się tym tytułem i chcieli go rozwinąć do poziomu poważnej historii, a nie zwykłego mordowania obcych i zombie opętanych przez demony z piekła. Aczkolwiek może to być w mniejszym lub większym stopniu, jedynie moje wrażenie z uwagi na to, że jestem fanatykiem gier ID z tej serii. Rozgrywka jest podzielona na rozdziały, nie ma tutaj umownego (lub nie) połączenia losowych epizodów, gdzie kolejność etapów nie ma większego znaczenia i na dobrą sprawę, można je było inaczej rozłożyć i raczej nikt by nie zwrócił na to uwagi. Na początku mamy długie intro, które stopniowo wprowadza nas w klimat gry. Mimo że minęły już około 23 lata od premiery, to jej filmowość jest nadal na tym samym poziomie - tak jak np. w przypadku "WarCraft 3". Nie jest to może najlepsza reżyseria, czy scenariusz, ale trudno mi znaleźć porównywalnie dobry tytuł. Jednakże może to wynikać z mojej ignorancji. Niemniej, nawet jeśli są takie tytuły, a ja wykazałem się ignorancją, to HL1 i WC3 zapewne bez problemu trafią do top-10 najbardziej filmowych gier. Tak jak pisałem w wielu tekstach dotyczących gier, czy anime - niektóre z nich odrzucają mnie już na starcie i muszę się czasem zmuszać, by dać im szansę na pokazanie swojego piękna. HL1 zrobił to już od pierwszych minut, byłem bardzo zaangażowany, gdy jechałem kolejką w głąb amerykańskiej bazy. Klimat nie osłabł nawet na chwilę - wprost przeciwnie. Gdy gram na słuchawkach i nagle coś się stanie lub usłyszę nagle jakąś nową piosenkę, to wczuwam się w tę opowieść jeszcze bardziej. Aczkolwiek może jest to dopiero przede mną, bo w chwili gdy piszę te słowa, to nie doszedłem jeszcze do najbardziej krytykowanego etapu.
Rozwijając - "Half Life" przedstawił historię w niecodzienny (wówczas) sposób. Nie tylko chodzimy, strzelamy i zbieramy klucze do odblokowania kolejnych fragmentów poziomu. Dość często musimy użyć mózgu, rozwiązać proste zagadki lub współpracować z naukowcami, by przejść dalej. Oczywiście, było to już w "Quake 1" (poza ostatnim aspektem), o czym wspominałem w swojej recenzji (swoją drogą, HL działa na mocno zmodyfikowanym engine tej gry), "Duke Nukem 3D", być może jeszcze w kilku innych grach, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie drugiej takiej gry. Tak samo nie jestem w stanie sobie przypomnieć innego tytułu, który tak bardzo stawiałby na oskryptowanych sekwencjach. Później gracze i recenzenci na to narzekali, bo producenci wrzucali za dużo takich scen, ale nim do tego doszło, to większość była zachwycona skryptami. Możemy też korzystać z pomocy pracowników ochrony, którzy zabiją potwory z innego wymiaru za nas, dzięki czemu zaoszczędzimy amunicję. Dzisiaj to może nic niezwykłego, ale wtedy... Mózgi eksplodowały. Swoją drogą, wiecie że w pierwotnej wersji "Doom 1" programiści ID również chcieli wprowadzić taki pomysł? W sensie, mieliśmy mieć innych Doom Marines, z którymi mogliśmy wchodzić w interakcje (rozmawiać, wydawać polecenia), ale z uwagi na ograniczenia komputerów i możliwości programistów, zrezygnowano z tego. Tak samo było w przypadku opowiadania historii - na początku "Doom 1" również mieliśmy najpierw zwiedzać bazę na Marsie, zapoznać się z polem bitwy. Nawet zachowały się fragmenty z tych etapów, które możemy obejrzeć w filmikach na YT. Niestety, zrezygnowano z tego, a szkoda. Tak, wiem, to ostatnie spostrzeżenie pasowało do innego akapitu, ale przypomniałem sobie o tym w trakcie pisania i nie chcę psuć struktury tekstu. A skoro przy tym jesteśmy, to podczas korekty przypomniałem sobie o bardzo ważnej rzeczy. Gry Carmacka i reszty ID stworzyły podwaliny pod tworzenie własnych modów do gier, nie wolno o tym zapomnieć. Nie powinniśmy jednak zapomnieć o tym, że Valve (podobnie jak Blizzard - patrz "DOTA2") ma niewiele mniejsze zasługi na tym polu. Dzięki ich decyzji, dostaliśmy "Counter Strike" od jednego z fanów gry + mnóstwo innych dodatków, które wydłużyły żywotność gry, a co za tym idzie - sprzedało się więcej kopii gry. Bez dodatkowej kampanii reklamowej, bez konieczności tworzenia dodatkowych add-onów (które były - podkreślam, by nikt złośliwy mi nie wypomniał błędu). Nie wspominając o tym, że dzięki tej decyzji, dostaliśmy jedną z najpopularniejszych gier multiplayer.
Reasumując, gra w pełni zasłużyła na kult jakim się ją otacza. Na pewno wrócę do niej kiedyś jeszcze raz, tym razem przechodząc jej poprawioną wersję. Od dawna nie byłem tak zdziwiony i nie czerpałem tyle radości z odkrywania kolejnych niespodzianek, jakie przygotowali dla mnie twórcy. Jasne, w dzisiejszych grach nie robi to już takiego wrażenia, w niektórych aspektach HL1 jest nieco ubogi, ale mówimy tu o grze z końcówki 1998 roku. Tak jak pisałem np. na przykładzie "Command and Conquer 2020", wiele starych gier jest pustych w stosunku do produktów z dzisiejszych czasów, ale ten zarzut praktycznie nie dotyczy omawianego tutaj tytułu. Gdyby zrobić globalne pranie mózgu, by gracze zapomnieli o niej + odrobinę ją rozbudować (samą bazę, gameplay, nie fabułę) i dostosować grafikę do dzisiejszych czasów, to zapewne nikt by nie odniósł wrażenia, że to poprawiony tytuł sprzed lat. Jak dla mnie, 10/10.
Screeny pochodzą z https://www.filehorse.com/download-half-life/screenshots/