Za tydzień będzie już listopad. Na ten moment mamy 893 wizyty, co oznacza, że do pobicia rekordu zostało równo 200. Wydaje się to całkiem realne. Zwłaszcza, że 242 wizyty mieliśmy zarówno w pierwszym tygodniu września, jak i października.
Wczorajsze planszówki znów przyciągnęły tłumy. Początkowo wydawało się, że frekwencja nie dopisze. Ale koło 20:30 było już tyle ludzi, że musiałem zwolnić pracownię. Przyszło sporo nowych osób. Jeszcze więcej wróciło. No i cóż, w ostatnich wpisach trochę narzekałem na brak proporcjonalnych wzrostów wpływów jeśli zestawimy je z frekwencją. Nie dotyczy to oczywiście planszówek. Wprowadzenie symbolicznej opłaty 10 zł sprawiło, że wpływy są wyraźnie większe niż po darmowych wydarzeniach. Odbywa się to kosztem dostępności, bo jeśli ktoś odwiedza KBK w sobotni wieczór bez intencji grania, to i tak czuje się zobowiązany uiścić wejściówkę. Z drugiej jednak strony o wiele większym problemem jest to, że bez tej wejściówki wpływy były czterokrotnie mniejsze. Prowadzi to do smutnych wniosków, ale cóż - już wczoraj pisałem, że utrzymanie miejsc trzecich wymaga niezłych kombinacji.
Swoją drogą od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie jakaś formuła otwartej pracowni, w ramach której część aktywności jest za "co łaska" a część za konkretne stawki.
- Robienie naklejek (co łaska)
- Robienie magnesów (co łaska)
- Robienie kolaży (co łaska)
- Robienie poster-zinów (co łaska)
- Malowanie kubków (30 zł/kubek)
- Malowanie hifromów (10 zł/hifroma)
- Robienie czekolady (1,5 RCR za 10g)
Może na tej ostatniej prostej uda mi się to wdrożyć w środę. Wciąż bowiem walczą we mnie dwa wilki. Jeden dąży do rentowności KBK, a drugi do jego spontaniczności. Jedno i drugie zdaje się wykluczać wzajemnie. Ale mimo wszystko wierzę, że wcale nie...