SPM #32: Lucrecia Dalt & Aaron Dilloway - Lucy & Aaron

Words
856
Reading
4 min
Listen
Play
5y

Egzotyczne - czy też egotyczne duety - zawsze powstają z przypadku. Albo z jego cienia.

Lucrecia Dalt (albo: Maria Lucrecia Perez Lopez) kolumbijska artystka i performerka, od ponad dekady tworzy dźwięki typowo industrialowe, pomieszane z sound wallem i noise. Jej granice pracy w studiu i przy nagraniach terenowych mieszają się w jednym, ciekawym do opisania nurcie muzyki będącej synestezją formatów i kolorów. Po wysłuchaniu jej zeszłorocznej propozycji No Éra Sõlida byłem jakby w szoku, twierdząc, iż nie da się połączyć nieorganicznej fuzji dźwięków i jej dekompresji w jednym, całkiem jakby na warunki syntezy noise'u i muzyki industrialnej - formy brzmienia podobne do hypnagogic popu - a w samym kraju gdzie panuje podział na biedę i bogactwo jest to możliwe. W 2005 r. nakładem kolektywu wydawniczego Series wydała swój pierwszy album z muzyką ambient, z Gudrun Gut, Julią Holter i dwoma innymi artystkami wydała EP-kę poświęconą ofiarom przemocy domowej o nazwie 4 Woman No Cry vol. 3. Tworzyła niegdyś m.in. pod pseudonimem The Sound of Lucrecia, albo po prostu Lucrecia.

Aaron zaś to muzyk sesyjny pochodzący z Brighton w stanie Michigan, jest on awantgardowym twórcą nowego brzmienia w noise rocku i dada-pop oraz w tape recordingu - działał on w takich zespołach jak Couch, Miscarriage, The Galen Via Hercules, oraz Bluebird. Współtworzył pod wieloma pseudonimami, których nie sposób zliczyć. Ma na koncie współpracę z takimi tuzami elektroniki modularnej oraz hip-hopu i sztuki improwizowanej jak Kevin Drumm, Robert Truman, C Spencer Yeh i wieloma innymi. Pod jego wydawnictwem Hanson Records powstała powyższa płyta, której fragmenty zaraz wam opiszę.

Parka artystów (jak wynika to z ich wywiadów udzielonych do tej płyty) spotkała się 10 lat temu na pewnym festiwalu sztuki improwizowanej na Maderze w Portugalii, od tej pory szlaki ich kariery przetarły się przez Nowy Jork, Berlin oraz Toronto. Obaj tworzą dobrą atmosferę do produkcji bardziej niezidentyfikowanych dźwięków. Wykorzystując taśmy z samplami oraz samplery, syntezatory czy moduły, są bardziej pochłonięci kreatorską sferą produkcji mieszanych odgłosów zlewających się w jedną pianolinę, prawie jak Coil pewnego pana frontmena pandrogenika z Manchesteru (dużo tych powiązań do Freuda, nieprawdaż?) oraz niektóre projekty artystów takich jak David Tibet.

Ten dadaistyczny spektakl zaczyna się utworem Tender Cuts - nakłuty ciągłym przewijaniem sampli z odgłosami Lucrecii, kasetami 60-tkami oraz buczeniem modułków. Skromnie jak na polinearną estetykę smutku, rozpaczy i ciał bez organów (Deleuze i Guattari), całkiem wyświechtany utwór muzyki organowej (hy, hy - ok, darujmy sobie androgeniczne bzdety), nie ma co.

Lizanie kroczy i dobijanie się do drzwi to atut generatywnie tworzonego z taką inwazyjnością i spornością przekazu utworu zatytułowanego Demands Of Ordinary Devotion. A raczej, jeden z atutów. Czy to wzywanie Imienia Matki, czy Imienia Ojca? A może refleksyjna ekscytacja nad dez-organizacją i re-produkcją pewnych płynów ustrojowych w mosznej, prąciu czy łechtaczce? Albo może powrót żywego ciała fantomicznego jako Tego Jednego i Samego? Cóż, martwy odpływ mózgu z fiolki nam się zrobił, panie docencie Wuakola! Nam całe szkło i ciecz wyparowało(-ła)!

Yodeling Slits to chyba zwykłe naciąganie szpuli na taśmę pępowiny podczas długotrwałego procesu zagnieżdżenia się zarodku w łonie matczynym, dance macabre fertylizowanego, spłoniętego oznakowanym żarem biopsji i rybozy ciała białego i zarośniętego. Nawet takiej abstrakcji by Phillip Glass dobrze nie napisał na notacji dodekafonicznej. Cóż, dobrze że nie jest tak ciasno w tej kołysce.

Tam gdzie polski yass spotyka z amerykańskim harsh noise, powstaje Bordeándola. Tytuł dosyć znany, ale nie nawiązujący wcale do galicyjskiego słowa borderu - czyli wybrzeża, granicy morskiej - ale do tak zwanego terminu deleuzjańskiej deterytorializacji. Do od-zależnienia się pewnych wzorców, fraz, słów mierzonych głoskami: heksametrycznymi, aleksandrynowymi czy różnego rodzaju melodyki i puenty wiersza oraz poematu, czy elegii. To od-zależnienie, które same w sobie zależy, ale nie jest ono pełnią tego forsowanego modelu i wymysłu samej zależności zawartej w wokabularzu słów nieoczywistych oraz sprzecznych frazeologicznie i etymologicznie, od tych, co daje sama daleka zależność tembra i wymiaru podbitego słowa, oraz jego znaczenia dytrymbicznego, czy jakiegokolwiek bezpośrednie działającego na owo słowo pośrednie, wyciągnięte / wydobyte / znalezione z pewnego wzorca uciekającego się do innych terenów zależnie zawłaszczonych przez dany determinizm słowa, czy frazy bądź expressio verbis użytego w formie agogicznej.

Co ja miałem teraz? A, tak...

.
.
.
.
.
.
.
Wyciągnąć obślizgły mózg z fiolki! Tak, panie docencie - już szykuję dekompresor ciał szarych!

Ta historia z albumem jest dziwna, ale samo brzmienie jest po prostu złośliwie megadadaistyczne, jak się spojrzy na dyskografię zespołów takich jak Clair Obscur czy Sun City Girls. Asymptota drgań waha się przy piątym (no może, siódmym) utworze do 0.75 - 0.81 poziomu prędkości samej fali dźwiękowej. Ciekawa zagwostka dla techników dźwięku, czyż nie?

Co do rzeczy, The Blob / Tense Cuts jako taki promowany singiel przypomina mi wszystkie osiągnięcia sceny Detroit razem wzięte, takie nie wyklute brzmienie Squarepushera - a jeszcze nie faza typowo autechreańska. No, i co że to jest dekonstrukcja artystyczna, skoro całe te gówno ze ścian nie opada na ziemię w postaci wielkiego Potwora Grzybnię i nie zaśmieca tej podłogi swoją gęstością i obślizgłością?

Ach, byłem głupi. Lepiej trzeba było jebnąć wszystkie ściany w kolorze ażuru. Znaczy się ażuru porośniętego kiszką stolcową, ale to już w drugiej części fantastycznych przygód Mięciny i Chłoptaszka z Lakasza.

Ocena: (7,5/10,5) - cóż, takie życie.

SPM #32: Lucrecia Dalt & Aaron Dilloway - Lucy & Aaron | Ecency