Mus to mus. Jadę do Tarnowa załatwiać biurokratyczne sprawy. Najpierw oczywiście musiałem dostać się na dworzec. Daleko nie ma, więc pieszo. Potem trzeba znaleźć peron. Znalazłem. Piąty. Wchodzę. Na wyświetlaczach czerń. Nic nie błyszczy. Żadnej informacji. Nagle wjeżdża pociąg. Napis na lokomotywie: Rzeszów. To chyba mój. Raczej. Wsiadam. O 13:06, minutę później niż planowo, ruszamy. W przeciwnym kierunku. Czy to aby mój pociąg? - zastanawiam się. Z PKP nigdy nic nie wiadomo. Ale to mój pociąg. Tylko jedzie na około, bo znowu zaczęli remont torów. Już było dobrze, już dało się dojechać w godzinę do Damaszku Europy, ale co za dobrze to niezdrowo. Więc zorganizowali kolejny remont, który pewno potrwa przez kolejne lata. Na szczęście nie muszę już dojeżdżać do Krakowa. Co więcej - poza sytuacjami takimi jak ta dzisiejsza - w ogóle nie muszę się z niego ruszać. Choć czasem by się chciało. Ale wtedy przypominam sobie o licznych przygodach z PKP i jakby jakoś mi się odechciewa.
Na szczęście o tej porze w pociągu pustka. O 13.00 to mało kto kończy pracę. Chyba, że jakiś Norweg. Oni mają gaz, więc mogą pracować krócej. W Polsce Sajgon zaczyna się w okolicach 15.00. Mam to nieszczęście, że czasem robię zakupy w Biedronce na dworcu w Krakowie. Tuż przed dyżurem w KBK. Choć w sumie dobrze wiem, by tego nie robić, bo wtedy rzeka ludzi. Ale niczym smerf otwieram po raz setny paczkę zgrywusa. No a w paczce kolejka aż do regału z Coca Colą.
Ale wróćmy do pociągu. Niezbyt obładowanego, bo pora nie ta. Najlepsze jest to, że do Rzezawy wlecze się on niemiłosiernie. Stoi w jakiś Podłężach nie wiadomo po co. W Kłaju zawsze nie ma zasięgu, wiec nuda. Nawet Hifa nie można przejrzeć. No i z nudów to się zaczynam zastanawiać, czy ten pociąg w ogóle przyjedzie na czas. Skoro dochodzi 14.00 a on dopiero w kłajskich lasach. Ale potem nagle Rzezawa i fru. Brzesko, Biadoliny, Bogumiłowice, Tarnów Mościcie... No i można wysiąść w Damaszku Europy.
No to wysiadam...