Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Wstałam strasznie przygaszona. Nie mogę się pozbierać po tej felernej imprezie tydzień temu. W sensie psychicznym, bo fizycznie już doszłam do siebie. I nawet nie wiem co mi jest. Trochę strach, w sumie nie trochę tylko bardzo strach, że mogło mnie już nie być, trochę wyrzuty sumienia, moralniak, złość, przygnębienie i cholera wie co jeszcze. Tak, zdecydowanie określenie "przygaszona" najlepiej oddaje mój stan ducha. Dzielnie udaję przed wszystkimi, że wszystko jest w porządku, ale to wszystko gówno prawda.
Pojechałam do pracy i wkurwia mnie syf w niej. Ten tydzień będę pracować z kierowniczką, żebym się trochę rozruszała i zapoznała ze zmianami jakie zaszły. Ok. Miałam mieć dzisiaj rozmowę z HR i z jakiegoś powodu kompletnie się tym nie przejęłam. Stwierdziłam, że co ma być to będzie i tyle. Jak stwierdzą, że kończymy współpracę to kończymy. Jestem w stanie tak głębokiej apatii, że było mi obojętne to, co się wydarzy. No i kiedy zostałam zaproszona na rozmowę to trochę się zaskoczyłam, bo było ok. Jestem zajebistym pracownikiem i będą mnie wspierać w mojej chorobie. Nawet się mnie zapytała czy nie wolałabym objąć mniejszego i spokojniejszego działu, bo zarządzam największym. Nie wolałabym. Z racji tego, że jestem topką liderów to moim najbliższym zadaniem będzie okiełznanie najgorszego jeśli chodzi o dyscyplinę zespołu. Wyzwanie przyjęłam i już od razu powiedziałam czego potrzebuję od nich, żeby zacząć działać i to otrzymałam. Fajnie. Kiedy rozmawiałyśmy o czekających mnie wyzwaniach zawodowych coś we mnie drgnęło, jakiś dreszczyk ekscytacji? Emocji? Nie wiem, ale jaram się wizją robienia porządków z tą bandą nierobów. Ciekawe jak szybko zaczną skargi na mnie wpływać.. Ogólnie dzień mnie zmęczył. Bardzo. Mało i źle spałam, więc sił witalnych miałam tyle co kot napłakał, a działo się naprawdę dużo. Mam nadzieję, że ten promyczek zapału do życia, który się we mnie zatlił w trakcie rozmowy z HR nie umrze śmiercią naturalną i po trochu będę wracać do życia. Nie chcę umierać, jeszcze przyjdzie na to czas.
Wzruszyłam się dzisiaj po otrzymaniu wiadomości od przyjaciółki. Napisała niemalże wiersz na mój temat jaki to ze mnie fantastyczny człowiek, najlepsza przyjaciółka i w ogóle cool. I też mi coś w końcu w środku drgnęło. Nie umiem się z tym zgodzić, bo postrzegam siebie jako zło wcielone, ale jeśli dla kogoś to co sobą prezentuję jest w porządku to ja się już nie chcę o to kłócić. Dobija mnie tylko presja wywołana tym, że nigdy nie doskoczę do tego idealnego obrazu, który kilka osób wykreowało sobie w głowie. Mojego obrazu rzecz jasna. W zeszłym tygodniu jak trochę odtajałam po tej nieszczęsnej imprezie zrobiłam znowu przesiew znajomych i wracam do tego co dla mnie znajome i bezpieczne: bardzo hermetyczne grono kilku najbliższych ludzi, a od reszty trzymam się z dala, bo to się prędzej czy później źle skończy.
Nie mogę znowu jeść. Wczoraj zjadłam Drwala, dzisiaj za to nie zjadłam nic. Próbowałam. Zrobiłam obiad, ale jako obiad nie udało się tego zjeść. Spróbowałam po pracy na kolację - znów to samo, mdłości i tyle z tego. Jestem zepsutym człowiekiem na każdym froncie.
Jestem mega zmęczona, a poza tym nie czuję nic. Pustka. To samo czułam w czerwcu, gdy psychika mi klękła. I to mnie martwi. Jutro mam terapię to się nad sobą poużalam na kozetce.
Do jutra.