Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Wczoraj byłam na silnych emocjach, ale dzisiaj już mi lepiej. Pokrótce: podjęłam decyzję o odejściu z pracy. Nie chce mi się jakoś szczegółowo pisać o powodach takiej decyzji, ale po prostu chodzi o to, że od roku walę tam głową w mur, nie zmienia się nic, eskaluję wiele rzeczy, a reakcji na to brak, perspektyw na rozwój również nie ma i to miejsce od jakiegoś czasu jest dla mnie toksyczne. Kocham swoją pracę, naprawdę ją kocham tak samo jak kocham swój zespół, ale moi bezpośredni przełożeni działają na mnie tak destrukcyjnie, że mam po prostu dość. Nie jest to też decyzja podjęta wczoraj czy przedwczoraj, to dojrzewało od bardzo dawna. Po prostu wczoraj wydarzyły się rzeczy, które mnie utwierdziły, że jest to decyzja słuszna. I teraz tak: nic na wariata. Dalej robię swoje, nie podnoszę w ogóle tematu odejścia z pracy, nic kompletnie się w moim zachowaniu nie zmieniło. Napierdalam na pełnych obrotach. Po prostu po cichu będę szukać nowej pracy. Mam trzymiesięczny okres wypowiedzenia + mam bardzo, ale to bardzo stabilną pozycję w firmie, więc mogę sobie pozwolić na to, żeby szukać sobie nowego miejsca na spokojnie aż znajdę coś po pierwsze satysfakcjonującego zawodowo, a po drugie finansowo. Nie wiem czy nowej pracy będę szukać tydzień, miesiąc czy rok, ale przystępuję do powrotu na rynek pracy. I tyle. Serce mam złamane, ale dla mojej ambicji i zdrowia psychicznego innego wyboru nie ma. Po prostu. Emocje mi już opadły, bo wczoraj były bardzo silne. Przyszła akceptacja. Mam swoje oczekiwania i potrzeby względem mojego miejsca pracy - firma nie potrafi bądź nie chce [nie wiem] wyjść im naprzeciw i to jest dla mnie ok. Tak bywa. Drogi czasem się rozchodzą, ale mówiąc szczerze to pierwszy raz w życiu przeżywam odejście z pracy. Zawsze miałam wyjebane na firmy, w których pracowałam. ZAWSZE. Nie ta praca to inna. A dziś stoję w takim punkcie, że jest mi naprawdę bardzo ciężko, ale też muszę zadbać o siebie, swój rozwój, przyszłość i spokój. A tu nie mam nic tak naprawdę. Awans - nie, szkolenia - nie, kursy - nie, podnoszenie kwalifikacji - nie, rozwój kompetencji twardych czy miękkich - nie. I fajnie, że mam z głównym szefem vibe jak nigdy z nikim w życiu, ale jest to dla mnie za mało, żeby czuć pełnię szczęścia tym bardziej uwzględniając ostatnie miesiące naszej współpracy. I tak mogłabym pierdolić jeszcze z godzinę, ale no. Decyzja jest dla mnie kurewsko trudna, nigdy w życiu zawodowo nie podejmowałam decyzji, która była dla mnie tak trudna, ale czuję, że jest to jedyna słuszna decyzja jaką mogłam podjąć. Amen.
Jak dzień.. Nie najlepiej choć to eufemizm. W pracy ogień przebrzydły, ale to tam nie ma co narzekać, ja bardzo to lubię. W każdym razie szarpnęłam dzisiaj za karton i znowu mnie plecy rozbolały i to bardzo. Nie ma jeszcze padaczki, jeszcze nie płaczę i nie zwijam się z bólu, ale odcinek lędźwiowy [bo to z nim mam od lat problemy] boli i to tak solidnie. Fajnie, fajnie. Rozkręciły mi się też lęki przez to, że chyba nadchodzi czas, że nie uniknę operacji skoro te bóle ostatnio coraz częściej powracają. Próbuję to bagatelizować, bo ja mam ostatnio lęki wymaksowane do jakiegoś absurdalnego poziomu, ale no cóż.. Dzisiaj po prostu zwiększę dawkę leków przeciw lękowych i tyle. Oczywiście zgodnie z rozpiską od lekarza, nic na własną rękę. Rozpisała mi co ile i o jaką dawkę mogę zwiększać leki jeśli nie będzie poprawy ze stanami lękowymi wraz z dawką maksymalną jaką mogę osiągnąć, jestem mniej więcej w połowie, więc zobaczymy - walka trwa.
Psychicznie czuję, że nadal szoruję po dnie i to bardzo, ale nie panikuję, bo po prostu nic się nie zmienia. Jak było chujowo tak jest, ale upatruję w tym promyczka nadziei, że się nie pogarsza. Mam świadomość jak to idiotycznie brzmi. Niemniej jednak dzisiaj skapitulowałam i poszłam do apteki wykupić tabletki nasenne. Wzbraniałam się przed tym, bo po pierwsze czasami, bardzo rzadko, ale czasami zdarza się, że zamiast zasnąć wpadam w jakiś chujowy stan coś w stylu jakbym była nawalona, nie wiem, pierdolę jakieś głupoty i w ogóle, a rano i tak nic nie pamiętam, a po drugie boję się tych leków dlatego, że mają wysoki potencjał uzależniający, a ja się bardzo boję tego, że przy moich problemach ze snem [w tym tygodniu spałam łącznie około 5 godzin i taka średnia się utrzymuje od kilku tygodni z małymi anomaliami do 10h] za bardzo mi się spodoba dobre zasypianie i dobry sen. Nie wiem czy wiecie o co mi chodzi, ale ja wiem.
Dzisiaj odpoczywam. Olałam kompletnie pracę. Chociaż nie wiem czy to jest odpowiednie słowo, ponieważ w niej byłam i dałam z siebie jakieś 500%, ale ja zawsze pracuję po pracy, ale postanowiłam zaniechać tego. Nie sprawdzam Slacka, nie sprawdzam poczty, nie odbieram telefonów - nie ma mnie dla życia służbowego. I tyle. I taka będzie teraz moja nowa rzeczywistość: praca tylko w godzinach zgodnych z grafikiem, żadnego zostawania po godzinach i żadnej pracy w domu. Dość. No więc sobie siedzę, oglądam jakieś głupotki, coś tam trochę gram. Nie jestem szczęśliwa. Nie jestem w ogóle zrelaksowana. Jestem spięta, zestresowana, wystraszona i bardzo nieszczęśliwa. Ale jestem. Trwam. Oddycham. I jestem trzeźwa. Będzie git.
Do jutra.