Jakoś tak się złożyło, że ostatnio mamy wysyp pełnych wersji biografii muzycznych. Jest ich od groma, jedne to prawdziwe dzieła, inne rozczarowania. I przyznam, że oglądam je zawsze ze sporym zainteresowaniem. Dziś niestety o filmie dość osobliwym. „Proceder” z 2019 roku, zdobył półmilionową publikę, ale dla mnie kluczowe było to, że obejrzałem go na kilka rat. I to chyba i tak dobrze dla twórców. Po prostu chciałem się przekonać, że nie mam racji. Że to dzieło jest jednak lepsze niż mi się wydaje. Ale od mojej lektury mija dwa miesiące i zaczynam się z tego filmu po cichu śmiać. Więc po kolei.
Filmowa opowieść o Chadzie, dość znanym w środowisku ziomie, który tworzył muzykę hip-hop od początku zastanawia. Bo jak koleś który dostaje od losu wiele szans i mocno je marnuje może zostać uznany przez twórców jako „wrażliwy”? Z filmu to absolutnie nie wynika. Gość jest cyniczny, nastawiony na kreowanie wokół siebie zła i dokonuje licznych przestępstw. I jest to przedstawione, że w sumie jego działanie jest ok.
Co jednak ważne – mimo, że miał talent nie wynika to z kadrów. W nich przewija się przypadek. Zalicza jedną laskę, potem drugą, trzecią i zakochuje się w czwartej. I kończy marnie, ale nie potrafi twórca dzieła uzasadnić w sumie dlaczego.
To co boli najbardziej to poczucie straconej szansy. Wbrew napisom końcowym z dzieła absolutnie nie wynika, że był wrażliwy. Że mu się chciało. Że coś go nie niszczyło od środka. Tak naprawdę to żenujące. Proste pytania do młodego chłopa typu „może byś poszedł do pracy” są zlewane, a jego przestępcza działalność jest skrócona do odsiadek i rozgrzeszenia od wydawcy. Żle to wygląda. Porównując film do „Jestem bogiem” wygląda po prostu bardzo słabo. I jest to wielki problem. Przyznam, że kibicowałem. Ale efekt jest bardzo taki sobie.