W tym roku mamy namiastkę prawdziwej zimy. Być może nie zasypało nas na miesiąc, ale śnieg dość długo się utrzymuje, choć mogłoby być go więcej, oraz temperatury są poniżej zera. W grudniowej gonitwie nie mieliśmy okazji wyjść na sanki. Podczas sobotniego spaceru po parku widzieliśmy dzieciaki zjeżdżające z górek w okolicy Góry Miłości. Obiecałem dzieciakom, że w poniedziałek wybierzemy się na sanki. Niestety nie bardzo mieliśmy jak się wyrwać w ciągu dnia. Dopiero jak żona wróciła udało nam się wyjść po godzinie 16. Wzięliśmy większe sanki, żeby dwójka dzieciaków zmieściła się bez problemu. Niestety miasto już zostało odniesione, więc sanki musiałem zanieść na plecach.
Liczyłem na oświetlenie w parku, ale niestety nie wziąłem pod uwagę, że wszystkie uliczki nie są oświetlone, więc część z trasy musieliśmy przejść w półmroku. Na szczęście w parku śnieg był ubity, nie wszystkie ścieżki zostały wysypane piaskiem, a jeśli już tak to piasek nie pokrywał całej ścieżki. W parku więc zamieniłem się w renifera pociągowego. Niestety wspomniane górki okazały się tonąć w półmroku dodatkowo do tego czasu zostały dość ostro eksploatowane. Śnieg został z nich zdarty do ziemi. Pozostało mi ciągnięcie sanek. W pewnym momencie znaleźliśmy instalacje oświetleniową, o której nie wiedzieliśmy. W śnieżnej atmosferze miejsce te wyglądało magicznie. Dodatkowo zamarznięta powierzchnia jeziora niezasypana śniegiem dodawała scenie dodatkowego uroku. Szkoda że zdjęcia wykonane telefonem nie oddają w pełni uroku.
Porobiliśmy sobie zdjęcia. Dzieciaki zgłodniały, policzki były już czerwone, więc wybraliśmy się w drogę powrotną do domu. Wypad pomimo braku głównej atrakcji uważam za udany. Tam gdzie było można trochę pobiegłem, żebym dzieciom sprawić dodatkowej frajdy.
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io