W tekście pojawiają się wulgaryzmy. Nie tolerujesz - nie czytaj.
Tworząc ten wpis wpadłam na mieliznę, nie pierwszy raz zresztą. Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że choć hive jest miejscem, w którym mogę opublikować wszystko - zarówno jedno zdjęcie pozbawione komentarza, jak i naukową rozprawę - jestem niewolnikiem własnych standardów.
Być może to efekt początków na steemie (ponad trzy lata temu!), gdy starałam się zasłużyć na miano "poważnego" twórcy. Teraz, gdy mam ochotę po prostu wrzucić pakiet fotek z krótkim komentarzem (albo bez), nie robię tego. Sama sobie tę klatkę uplotłam.
Co zabawniejsze, wcale nie mam ciśnienia, by inni te moje wewnętrzne standardy spełniali. Uwielbiam pojedyncze zdjęcia, chętnie je nagradzam. Lubię też czytać krótkie komentarze do rzeczywistości.
A kiedy sama chcę ot tak powiesić tu kilka zdjęć - to mam problem.
Czuję, że muszę dopisać do nich jakąś historię. Usprawiedliwić ich istnienie.
No przecież kurwa można zwariować. Usłyszałam wczoraj w jednym z wywiadów na YT: trzeba się od siebie odpierdolić.
Siadło mi.
Wdrażam.
Za każdą fotką stoi jakaś myśl, emocja, refleksja. Ale ja nie muszę udowadniać, że tak jest. Nie muszę tłumaczyć z mojego na wasze. Chyba, że mam ochotę.
Więc owszem, zaczęłam pisać caaaaaałą opowieść, ale coś mi nagle w głowie kliknęło, zaszumiało i z ucha wyszedł wydruczek: NIE TYM RAZEM, MOJA KOCHANA.
Gadać mi się nie chce
Nie chce mi się gadać
Słuchać też niechętnie
Słuchać mi się nie chce
K. Nosowska
Taaaak. Miałam nic nie pisać i co? I gówno. 300 słów jak nic, ale przynajmniej od serca. A raczej spod wątroby.
A to są te zdjęcia, które sprawiły, że wrzód pękł. Pomyślelibyście?
PS: Wiadomo, że nie chodzi mi ani o zdjęcia, ani ten cały hive, tylko o całokształt.
Żeby w końcu się odważyć i wywarczeć BASTA.