Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Adam Mickiewicz
Z moich obserwacji a także osobistego doświadczenia wynika, że zdrowiem interesujemy się głównie dopiero wtedy, gdy pojawia się z nim jakiś problem. Do tego czasu, zajęci “ważniejszymi sprawami” ignorujemy ten niewygodny, bo związany z pewnymi wyrzeczeniami temat. Dzięki tak przemyślnej taktyce przeciągamy w czasie nieuchronny wyrok, który i tak nas w końcu dopadnie.
Powyższe stwierdzenie jest trochę naciągane, ponieważ z pewnych względów rośnie w społeczeństwie objawiona w Panu Taduszu prawda, zacytowana powyżej.
Jednym z ważnieszych czynników, wpływających na stopień zużycia organizmu jest osobiste zachowanie (ze szczególnym uwzględnieniem nawyków kulinarnych), mające swe źródło w stanie umysłu. Niczym niesforne dziecko, szantażuje właściciela kubeczków smakowych, domagając się sponsoringu producentów łakoci, będących w jego przekonaniu źródłem cennych składników odżywczych. Przy tej okazji powstała idea zakładająca, że jeśli mamy na coś ochotę, to widocznie powinniśmy organizmowi to “coś” dostarczyć. Coś w tym jest, ale niekoniecznie jest to do końca prawda. W każdym razie byłbym ostrożny przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Godna błogosławienia jest szklanka dobrze wychłodzonego piwa (ze szkła) w upalny wieczór po wyczerpującym dniu. Lub pomarańcza gdy dopadnie nas deficyt cukru a czoło nagle zaleje pot.
Do kategorii absolutnie niezbędnych i ratujacych życie nie należy wepchnięta do gardła i zalana colą paczka czipsów z boczkiem i papryką. Gdy świadomość śpi, budzą się demony czy jakoś tak. Należałoby rozróżniać te sprawy - konkretnie potrzeby od przyjemności. Warunkiem utrzymania zdrowia na odpowiednim poziomie jest umiejętność w miarę obiektywnej (sprawiedliwej) oceny przydatności przeznaczonego do spożycia produktu.
Ktoś kiedyś powiedział, że za każdą przyjemność trzeba zapłacić. Można z tym stwierdzeniem polemizować ale myślę, że jest w nim część prawdy. Płacimy nie tylko pracą (w formie części swojego wynagrodzenia) ale i negatywnymi skutkami zdrowotnymi, materializującymi się w przyszłości. Obserwując zawartość wagonów pchanych do kasy, mogę zaryzykować twierdzenie, że klienci w doborze swych zakupów nie zawsze kierują się rozsądkiem lecz chęcią zaspokojenia zmysłu smaku, przy czym dodatkowym oprócz ceny kryterium wyboru produktu bywa zapach. Ewentualnie kolorystyka opakowania. Dla przydatności dla organizmu nie ma tu miejsca.
Można bez ryzyka oskarżenia o pomówienie stwierdzić, że producenci i handlowcy utrzymywani są przez niekoniecznie do końca świadomych tego faktu klientów. Dobry klient to taki, który bezrefleksyjnie zostawia swoje ciężko zarobione pieniądze w przekonaniu, że kupuje jedynie niezbędne mu produkty.
Współcześnie obowiązujący i panujący nam miłościwie system zakłada wysysanie społeczeństwa przez zniewolenie, polegające na uzależnieniu jednostek od doznań zmysłowych – głównie smaku i dotyku. Aby strumień pieniędzy zasilający dostawców nie wysechł, molestuje się potencjalnego klienta wszystkim, za co zgodzi się zapłacić, niezależnie od konsekwencji z tym związanych (np. ubytku na zdrowiu). Jeśli nie ma on konkretnych potrzeb, specjaliści od manipulacji generują je w jego umyśle. Zauważmy, że nasza cywilizacja opiera się głównie na konsumpcji, szczególnie sferze satysfakcjonującej doznania zmysłowe. Motorem napędowym tej akurat cywilizacji jest dążenie do uzyskania maksymalnego zysku, często kosztem bezpieczeństwa socjalnego, utraty zdrowia a nawet życia obywatela.
Ryzykownym byłoby stwierdzenie, że każdy produkt jest przedmiotem wyrachowanej manipulacji, choć w moim mniemaniu w większości tych spożywczych tak właśnie jest. Przy okazji sprzedaży np. 500 gramów ryżu, struktura jego ceny obejmuje wynagrodzenie grafika projektu, eksploatację maszyn drukarskich, nadruk, woreczki, koszty pośrednie (?), blanszowanie, ponadwymiarowy karton których rozmiarów nikt z klientem nie uzgadniał, reklama itp. Oczywiście, nikt rozsądny nie powinien oczekiwać, że ze względu na minimalizację kosztów a więc i ceny, ryż będzie klientowi sypany chochlą do przyniesionego przez niego worka do kapci dziecka.
Oferowanym produktom można przypisać bardziej lub mniej “uzależniające” cechy. Niektórzy “muszą” mieć najnowszą konsolę, iPoda, element z kolekcji mody czy analogiczne przedmioty, lub po prostu się napić. Kiedyś próbowałem kupić prosty telefon “do dzwonienia” (bez aparatu i wielu niepotrzebnych mi wtedy aplikacji). Zostałem poinformowany (z domieszką ironii oczywiście), że takowych się nie oferuje. Pojawia się tutaj moja prywatna teza, że w większości przypadków mniej ważne są preferencje klienta niż cena jaką należy od niego wyegzekwować. To stawia go trochę w niekorzystnej dla siebie sytuacji i trudno tu mówić o dopasowaniu oferty do oczekiwań klienta. Ot, takie wmuszanie niepotrzebnych mu elementów.
W procesie nabywania produktu można rozpatrywać jego podatność na uzależnienie, przy czym decydująca opinia zależna jest od stanu świadomości klienta. W przypadku przedmiotów niekonsumpcyjnych, rolę “uzależniacza” pełni umiejętne manipulowanie w mediach społecznościowych, szczególnie młodszego pokolenia. Ze względu na niewypracowaną jeszcze w życiu samoocenę i akceptowanie siebie takim jakim się jest, młody człowiek szuka akceptacji na zewnątrz. Dojrzała osoba jest w stanie inaczej ustawić swoje priorytety, tzn. jest ważniejsza dla siebie samego niż środowiska w którym się obraca. Akceptacja najbliższego otoczenia często jest uwarunkowana posiadaniem odpowiedniego atrybutu, stanowiącego symbol przynależności do kręgu, łaskawie akceptującego pretendenta. Jego brak, w wyjątkowych przypadkach może prowadzić do depresyjnych czy wręcz patologicznych zachowań. Dlatego uważam, że uzależnianie ludzi od np. trendów modowych jest w pewnym sensie nieetycznym zachowaniem, niejako wymuszającym wydanie pieniędzy aby zadowolić kaprys innych. Przy czym nie widzę nic zdrożnego w sprawianiu sobie przyjemności zakupu przedmiotu sprawiającego osobistą satysfakcję.
Graniczącą ze spiskową jest teoria, według której do większości produktów tzw. przetworzonych dodawane są substancje uzależniające od smaku mięsa. Bary szybkiej obsługi a także słoiki i słoiczki w markecie są ponoć doskonałym źródłem tychże. Często są one kamuflowane pod dziwnymi nazwami w rubryce ingredients, najczęściej bardzo drobną czcionką.
A tak przy okazji, kiedyś dotarłem do informacji o istnieniu farm hodujących insekty o specyficznym i atrakcyjnym dla handlowców ciemno-czerwonym kolorze. Po wysuszeniu i zmieleniu na podobieństwo papryki, służy jako naturalny barwnik. No, ale skoro istnieją amatorzy spożywający żywe dżdżownice to czemu by nie suszone larwy. Jego nazwa to Koszenila (E120). Powinny być bogate w białko.
Klasycznym, a jednocześnie sztandarowym przedstawicielem szkodliwej substancji uzależniającej jest mięso. Zwierzęce. Pozbawione subtelnej, życiodajnej energii podtrzymującej funkcje komórki, inicjuje rozkład w chwilę po uboju. Wampiry pożywiający się świeżą krwią nie mają z tym problemu. Ze względów czysto technicznych nie jest możliwe natychmiastowe dostarczenie zaszlachtowanego kurczaka bezpośrednio do lodówki klienta. Przechodzi on bardzo podobny proces jak w przypadku przygotowania łososia.
Otwarcie któregoś z poniżej podanych linków (szczególnie tego ostatniego) może być ryzykowne.
Kurczaki
Jaja
Wątróbka
Ferma drobiu
Personalnie uważam, że spożywanie mięsa hodowanego takim sposobem i sprawiające zwierzęciu cierpieni nie może być zdrowe.
W swoich poprzednich wpisach starałem się przedstawić związek pomiędzy zdrowiem i stanem umysłu, będącym bezpośrednim katalizatorem procesów (prozdrowotnych/destrukcyjnych) zachodzących w naszych organizmach. Dyplomatycznie i nie obrażając nikogo powiem tak – pragniesz zdrowia – nie żryj tyle. Szczególnie mięsa.