Raj dla wybranych

Words
1276
Reading
6 min
Listen
Play
8y

WP_20180206_010.jpg

Dzień wcześniej postanowiliśmy, że spróbujemy lokalnym autobusem dostać się do Moron, miasteczka, które stanowi bazę wypadową na rajskie plaże Cayo Coco. Chcieliśmy udowodnić, że się da oraz zagrać komunistycznemu systemowi na nosie, że nie będzie nam mówił jak mamy podróżować.

Udaliśmy się na dworzec autobusowy i grzecznie spytaliśmy o godzinę odjazdu następnego autobusu. Bardzo uprzejma pani wszystko nam wyjaśniła i zasiedliśmy w poczekalni na kilka chwil. 5 min przed przyjazdem naszego autobusu, zostaliśmy oddelegowani do poczekalni numer dwa, którą zdobiły malunki wychwalające Fidela oraz kubański szczyt technologiczny, czyli antena zrobiona z butelki.

WP_20180205_001.jpg

Ściana chwały

IMG_20180205_114956029.jpg

Technologiczny recycling

Fenomenem na jaki tam trafiliśmy była pani, którą określilibyśmy mianem „klamkowej”. Nie była to byle jaka funkcja, gdyż zajmowała się, dosłownie, zamykaniem i otwieraniem drzwi oraz wyjmowaniem z tychże drzwi klamki. Spodobasz się to wchodzisz, no chyba, że pani akurat ma przerwę na papierosa, to nawet nie zauważy, że spieszysz się na autobus, który właśnie odjeżdża. Z wyglądu typowa burkliwa gruba żul-baba. Nasz kolega trochę jej podpadł używając swojego magicznego szwajcarskiego scyzoryka otwierając jednemu jegomościowi drzwi. Wyraz twarzy „klamkowej” – bezcenny.

I wtedy, nieoczekiwanie zza zakrętu pojawił się ON. Zdezelowany, ale wciąż toczący się, zielony pojazd mechaniczny do przewozu osobników żywych oraz bagażu za mniej niż dolara na tej trasie. Pomocny pracownik dworca kazał nam wsiadać, my byliśmy szczęśliwi, że udało się ich w konia zrobić i już mieliśmy płacić za bilety, gdy to nagle przybiegł pan z wąsem i mówi, że mamy wyskakiwać. No, ale jak to kierowniku, szefuniu, przecież my w środku już, no jak to tak, że wysiadać mamy? Kierowca ręce rozłożył i pokazał na elegancika pod krawatem, którego nazwał swoim szefem i że to on kazał, a on pracy stracić nie chce. Gdyby to od niego zależało to by nas wziął, człowiek jest człowiek, ale jednak z systemem nie wygrasz. Zostaliśmy oddelegowani do okienka przewoźnika dla turystów, gdzie następny wolny termin był za dwa dni. No to co, hej ho i do „Janusza” by się szło. Ogarnęliśmy szybko dobrą cenę i prawie stuletnim wehikułem dojechaliśmy do celu.

IMG_20180206_213952993.jpg

Symbolem miasteczka Moron jest kogut i pomnik tego dumnego ptaka stoi przy wjeździe do miasta. Jest to już drugi monument , ponieważ poprzedni został zniszczony przez partyzantów. Ten który stoi po dziś dzień w Parque del Gallo odsłoniono dopiero w latach 80 ubiegłego wieku.

111.jpg

Niegdyś błyszcząca, a dziś wygasła Perła Północy

WP_20180205_010.jpg

Moron

WP_20180205_008.jpg

Uliczne rozgrywki w domino

Po zameldowaniu u naszych gospodarzy, postanowiliśmy poszukać opcji, aby w jakiś sposób dostać się do plaż wyspy Cayo Coco. Jak się okazało, jedyną możliwością było wzięcie taksówki wraz z kierowcą, który będzie czekał, aż znudzi nam się opalanie i kąpiel w morzu Karaibskim. Był to bardzo drogi, jak na nasz budżet wydatek.

Nasi gospodarze, doskonale wiedzieli, że taksówkarze ograbią nas co do grosza i podpowiedzieli jak można się tam dostać innym sposobem. Plan był taki, by wstać o 6 rano i pójść na plac centralny, stamtąd bowiem odjeżdżały autobusy pracownicze ze wszystkimi etatowcami hotelowymi. Zasugerowali, by wziąć 10 CUC w dłoń i wsiadając do autobusu zapytać kierowcy czy nas podrzuci. W teorii plan wydawał się banalnie prosty i nie mógł się nie udać. Oprócz tego, dowiedzieliśmy się, że niedaleko nas jest piekarnia, w której, jeśli chcemy kupić pieczywo to musimy być równo z otwarciem, ponieważ 15min później wszystko już jest wyprzedane i więcej tego dnia świeżych bagietek nie będzie. W tym wypadku plan na dzień kolejny był prosty: misja bułki i plaża.

444.jpg

Plac centralny w Moron

O 6.00 dnia kolejnego już staliśmy w kolejce po pieczywo, a o 6.20 szukaliśmy okazji do przejazdu. Rzeczywistość szybko zweryfikowała nasz plan: żaden kierowca nie chciał nas zabrać, bo obawiał się mandatu za nadprogramowych gości na pokładzie. Jak się później okazało, aby wjechać na wyspę, trzeba przekroczyć szlaban, taki jak odgradza dwa państwa. Jak na każdej granicy, tutaj również byli celnicy, którzy mogli sprawdzić stan osobowy oraz tożsamość. Nie wiedzieliśmy o co w tym wszystkim chodzi, ale próbowaliśmy dalej. Gdy już traciliśmy nadzieję, ostatni kierowca zaprosił nas do środka. Także możemy potwierdzić, że sposób „na pracownika” działa. I faktycznie, na „granicy” minęliśmy szlaban, ale celnicy tylko pomachali przyjacielsko do kierowcy i przepuścili autobus w stronę rajskich plaż.

Na miejscu nasz przyjazny kierowca zmienił swoje oblicze i stwierdził, że jeśli chcemy z nim wracać to musimy jeszcze dopłacić 30 CUC. Nie mogliśmy przystać na te warunki, więc nie czekaliśmy na niego już później.

IMG_20180206_091505771.jpg

Cayo Coco okazała się być najpiękniejszą plażą na jakiej dotychczas byliśmy. Biały piasek, krystalicznie czysta woda, bezchmurne niebo, brak tłumów, a przede wszystkim spokój. Po prostu idealnie. Rozwiesiliśmy hamaki, zbudowaliśmy zamek z piasku i chillowaliśmy cały dzień. Klimat tego miejsca najlepiej oddadzą zdjęcia, ale wiadomo, lepiej być i samemu zobaczyć.

WP_20180206_008.jpg

Nasza forteca

YDXJ4401.jpg

Niestety kiedyś trzeba wrócić, najlepiej zanim zajdzie słońce, czyli przed 18. Spaleni do czerwoności postanowiliśmy spróbować swoich sił łapiąc stopa. W sumie, innego wyjścia nie mieliśmy 😊 Pierwsze auto zatrzymało się po 15min czekania i zawiozło nas pod duże rondo, skąd mieliśmy już jedną drogę prowadzącą do miasta. Podeszliśmy pod stację benzynową i już po kilku minutach podbiegł do nas chłopak w naszym wieku i powiedział, że możemy jechać z nim, tylko musi zrobić szybkie zakupy. Auto, którym dane nam było jechać, to zwany po hiszpańsku camion, czyli ciężarówka z naczepą do której nasypać można piach itp. Wracaliśmy z robotnikami, którzy budowali nową restaurację przy plaży. Podróż minęła nam przy butelce rumu i rozmowach o tym jak wygląda życie na Kubie. Okazało się, że rajskie plaże są niedostępne dla Kubańczyków. Na wyspę legalnie może wjechać jedynie taksówkarz z turystą na pokładzie, a każdy mieszkaniec Kuby, który chce się tam pojawić musi mieć specjalną przepustkę pracowniczą. Wyspa Cayo Coco ma swoje lotnisko i pełno jest tam hoteli, które czasy świetności mają już za sobą (przynajmniej te, które my widzieliśmy), ale plaże wciąż przyciągają rzesze amerykańskich turystów. A drinki i piwo za 1$ to dodatkowy magnes.

YDXJ0121.JPG

Camion ekipa

Rozmowa na tyle dobrze się kleiła, że panowie budowlańcy zaoferowali nam podwózkę tam i z powrotem na dzień następny, a jeden z chłopaków imieniem Erli zaprosił nas do siebie na kolację z noclegiem. Także, czekał nas kolejny dzień na plaży, musieliśmy się tylko stawić na miejscu zbiórki o 6:30 rano.

Z rana, po drodze na wyspę wstąpiliśmy jeszcze na szybkie śniadanie w przydrożnej budce, gdzie 3 osoby mogły się najeść i napić za mniej niż 1 CUC - w końcu normalna cena 😊 Zamelinowaliśmy się na plaży i czekaliśmy, aż chłopaki skończą pracę. Ten dzień akurat był wietrzny, a ostatnie czego potrzebowała nasza spalona skóra to słońce. Przeleżeliśmy więc kolejne 9 godzin w hamakach, ukrywając się w cieniu daszków z palmowych liści. Droga powrotna znowu minęła przy butelce rumu, a po zmroku byliśmy już u Erliego. Jego dom, prosty, bez wielu udogodnień, w tym bieżącej wody, za to pełen dobroci, takiej zwykłej - ludzkiej. Jego mama przygotowała kolację, a my wraz z tatą i ich sąsiadem zasiedliśmy przy drinkach.

Kubańczycy gdyby mogli, to wyjechaliby ze swojej ojczyzny, ale zawrotna kwota 600$ za paszport jest nieosiągalna dla 95% społeczeństwa. Ceny połączeń komórkowych są tak wysokie, że ludzie puszczają sobie głuche sygnały, żeby dać znać, że wszystko u nich w porządku, tak jak w Polsce ok 20lat temu. O cenie internetu na telefon nawet nie będziemy wspominać. Oczywiście, jest tylko jedna państwowa firma telekomunikacyjna, która ma monopol na te usługi i może nakładać ceny jakie zechce.

Wieczór skończył się wraz z rumem w butelce. Moglibyśmy tak rozmawiać do rana o różnicach między Europą a Kubą, ale następny dzień musieliśmy przeznaczyć na powrót do Havany. Po śniadaniu i pamiątkowym zdjęciu, Erli zorganizował kolegę, który swoim autem zabrał nas do stolicy.

YDXJ0149.JPG

Pani w różowym to mama Erliego

Kolejny wpis poświęcimy temu różnorodnemu miastu, a tym czasem pozdrawiamy z Panamy!

Suchy i Moniś

Raj dla wybranych | Ecency