Jest październik, prawie listopad. W naiwności swojej marzyłam o spędzeniu zbliżającej się wigilii w naszym nowym domu. Spoiler: nic z tego!
Przygoda z konserwatorem nie skończyła się na ponownym złożeniu projektu. Po drugim liście, musieliśmy dostarczyć dodatkowe dokumenty i znowu czekać… I w końcu, po półrocznym życiu w stresie i 72 nowych siwych włosach, mamy to! Dostaliśmy zielone światło.
Ta jedna strona była warunkiem koniecznym uzyskania pozwolenia na budowę naszego domu. Od tego momentu urzędnicy okazali się bardzo ludzcy i pomocni. Żadnych utrudnień, za to dużo wskazówek i pomocy. I tak oto, od 8 października jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami pozwolenia na budowę naszego własnego domu :)
Chociaż z tym szczęściem to jednak przesadziłam… Byłam tak zmęczona czekaniem i zniesmaczona postawą konserwatora, że w momencie zakończenia papierkowej masakry nie dałam rady się z tego ucieszyć. Ciężar spadł mi z serca i z pleców, ale radości nie umiałam z siebie wykrzesać. Ale emocje na bok, papier jest! :)
Jesteście ciekawi, co tam u nas na budowie? Kataklizm :) Werandki już nie ma :(
Połowy dachu też...
Budynki gospodarcze też rozebrane
Rozbiórka komina okazała się być większą zagwozdką niż myśleliśmy. W skrócie: czeka nas wymiana komina u sąsiadów na nasz koszt. Trochę nam się spieszy, a fachowcy rzadko mają terminy na “już”. Trzymajcie kciuki, bo bez tego nie ruszymy dalej.
Trwają przygotowania do wylewania fundamentów. Tylko tyle i aż tyle planujemy w tym roku zrobić. Ciąg dalszy - czyli murowanie ścian, budowa dachu, wstawianie okien i drzwi plus milion innych zadań - dopiero wiosną.
Cieszę się, że mogłam tu wrócić z dobrymi wieściami :) Do usłyszenia w kolejnych wpisach!