Dzień 1
Trafiłem do ośrodka psychiatrycznego, który znajduje się około 80 km od mojego miasta, kiedy otrząsałem się z amoku narkotycznego uświadomiłem sobie, że trafiłem do miejsca gorszego niż mogłem sobie wyobrazić.
Budynek był trzy- piętrowy z wielką żelazną bramą i napisem na górze
Każdy jest wariatem chociaż nie wie o tym. "Szpital dla umysłowo chorych".
Korytarz wydawał się jakby był z jakiegoś kiepskiego horroru, który opowiadał
o świrniętych doktorkach robiących eksperymenty na pacjentach.
W oddali usłyszałem jakieś krzyki, jęki, zapewne pacjenci buntowali się na tutejszą kuchnię mając nadzieję, że nie będę tak protestował. Nasuwa mi się jedno, ale jakże istotne pytanie, dlaczego tu trafiłem, cóż uczyniłem, że cały czas byłem pod mocnym wpływem psychotropów.
Minęła godzina czternasta, kiedy wszyscy się zebrali w kółku i zaczęli o czymś gadać, nagle facet prowadzący tą klepanine różańcową, spytał mnie dlaczego to zrobiłem.
Odparłem ze śmiechem:
20.30
Nadal siedzę na świetlicy, zapewne zaraz ktoś włączy cud technologii, czyli telewizor z lat 80, aby obejrzeć jakiś bezsensowny program. Czym dziś zachwyci nas telewizja? Zapewne za chwilę się dowiem, siostra z zabiegówki wyjęła pilot i oczywiście wybrała sobie swój ulubiony serial czyli M jak miłość, a otępiałe zombie nic nie miały przeciwko temu, niestety ja jako jedyny oglądałem to z przymusu i tak o to dowiedziałem się, że bracia mroczek są jak jedna wołowa dupa podzielona na dwa.
21:30
Cud się stał i wreszcie zakończyli emisje na dziś tego, jakże ciekawego serialu, pora iść do sali.
Czułem się zagubiony, widząc wszędzie te tępe od psychotropów twarze, znów musiałem przejść przez ten korytarz sam!
Idę ciągłe czując obecność kogoś, znów wariuje, boje się tego wieczoru pod koniec wędrówki . Po ów dla mnie strasznym korytarzu , spotkałem woźnego, który jeszcze domywał resztki rzygowin przed pójściem do domu, spojrzał na mnie, uśmiechnął się szyderczo i zaczął dalej myć posadzkę.
Otworzyłem drzwi od mojej izby, światło było zgaszone, oświeciłem je, mój kompan nadal był związany, lecz już przytomny.
Dzień 2
Była godzina 1.45, kiedy usłyszałem dziwny krzyk z sali 9, zapaliłem światło, odkryłem, że mój współtowarzysz zniknął, pomyślałem sobie, zapewne poszedł do kibla, sam też musiałem, bo natura wołała bym wylał z siebie co nie co.
Na korytarzu światło świeciło się tylko jedno, aby pacjenci mieli pewny, ciemny sen, a w razie jakiegoś wypadku, lekarze nie pozabijali się biegnąc do nagłego świra. Otworzyłem drzwi od WC, widok był straszny, dawno nie widziałem czegoś tak okropnego, przebiła nawet to wizytę w kiblu na dworcu, który będąc płatnym, dawał w zamian śmierdzące doznanie szoku, ale mniejsza z tym, włączyłem światło, oślepiło mnie, ktoś musiał przywalić na złość 150V by ludzie zainteresowali się światłem niżeli zapachem.
-Jest tu ktoś?- Zapytałem
Nic nie usłyszałem, kabiny były wszystkie zamknięte, dwa mocne uderzenia nie pomogły w rozwiązaniu problemu, całe szczęście, że trochę wspinaczek się znało, wiec wspiąłem się na szczyt toalety i doznałem szoku, ciało, a raczej to co z niego pozostało, leżało oparte o muszle klozetową. Nie mogłem wypowiedzieć słowa, szybko zeskoczyłem i pobiegłem do umywalki, stanąłem przed lustrem, przemyłem twarz i spojrzałem w nie zadając sobie pytanie.
-Co się Kur stało?
Czy to sen, czy może psychotropy z 19:30 ,a może naprawdę tam leży trup, muszę to sprawdzić, jeszcze raz rzucę okiem na to.
Wspiąłem się ponownie, mój wzrok skierowany był na kafelki na ścianie, by ponownie ujrzeć czyjąś zmasakrowaną twarz jak i całe ciało.
-Co robić? Czy wezwać kogoś? Czy ktoś uwierzy mi?
Nie, muszę jednak powiadomić pielęgniarkę. Wyszedłem szybko stamtąd.
Atmosfera nie dawała mi tam długo siedzieć, pobiegłem do zabiegówki, która była oczywiście zamknięta, koło drzwi znajdował się jedynie dzwonek, by wzywać pielęgniarkę jak coś się wydarzy.
Zacząłem dzwonić i krzyczeć.
Pora na terapie.
Dziś będzie terapia na dworze, oczywiście musieli się zabrać za to, żeby sie nie rozbiegali jak małe dzieci, więc założyli nam na kostki specjalny nadajnik, który wył i pieścił prądem jak się przekroczyło 150 metrów.
Adam zapiął mi na kostce nadajnik, poczułem się wówczas jak więzień w jakimś filmie S-F .
Pora iść korytarzem do wyjścia. Dziś pierwszy raz ujrzę słońce , bardziej z bliska i nie przez brudne okna.
Nasza opiekunka Katrin, była młodą, widać chyba niedawno przyjętą, bo często popełniała błędy z tego co słyszałem, od ludzi inaczej mądrych. Doszliśmy do drzwi które prowadziły do wyjścia na zewnątrz. Były to wielkie metalowo-drewniane drzwi, które wyglądem przypominały drzwi z jakiegoś zamczyska. Z kieszeni wyjęła plik kluczy, oczywiście największy pasował do wyjścia. Przyjrzałem się dokładnie temu kluczowi, by jak tylko nadarzy się okazja, ukraść i uciekać jak najdalej.
Kiedy Katrin otworzyła drzwi, oślepiła mnie jasność i świeże powietrze zaczęło mnie dusić. Po wykrztuszeniu, przyszła pora by wejść po schodach na zewnątrz.
Po 20 schodach i przepuszczeniu masy zombiaków, posłusznych jak pieski, pora była na mnie. Ujrzałem wtedy postać, która nagle pojawiła się w drzwiach. Kiedy podszedłem do niej, ona zbliżyła się do mnie i szepnęła mi w ucho.
-Wróć!!!
Po czym zniknęła. Ja przestraszony na maxa, poszedłem do parku, gdzie wszystkie ławeczki były zajęte.
Stanąłem oparty o budynek i zacząłem się relaksować świeżym powietrzem. Zaczął padać deszcz z nieba, jednakże nie było na niebie żadnej chmurki.
Postanowiłem, że ucieknę przedtem, rozwalając nadajnik kamieniem, których aż się roiło wokół ławek. Wziąłem kamień. Deszcz skapywał na mnie niczym łzy, dwa uderzenia i nadajnik zaczął brzęczeć. Po czym poczułem około 200V, które nie chciały z moją kostką współpracować. Szybko moje ciało zostało unieruchomione, a z moich ust zaczęła się wydobywać ślina jak skazańcowi na krześle elektrycznym. Nagle zauważyłem dziwne obrazy, jakaś kobietę całująca mnie, jakieś dzieci tulące się do mnie i coś dziwnego, jednak zamazania były zbyt duże. Nie mogłem wykrzyknąć słowa pomocy, jednak Adam zauważył mnie i szybko odłączył nadajnik. Teraz miałem okazje uciec, niestety po tylu wstrząsach nie mogłem się ruszyć. Poczułem się przez chwile jak warzywo, które zaczęło się przypalać. Zaprowadzili mnie do izolatki, leżałem tam pokopany od głowy do nóg. Pełen paraliż, chociaż nie długotrwały, niczym placek na łóżku piekielnie zimnym, jakby zapomnieli włączyć ogrzewanie, chociaż głęboko w ciele czułem żar. Zapewne efekt uboczny prądu. Mijały godziny, powoli zacząłem wracać do rzeczywistości, prąd nie tylko spowodował u mnie dziesięcio- godzinny paraliż, ale zaczął ukazywać dziwne obrazy, niestety zamazane i ciężko było mi skojarzyć
co to mogło być.
22:00
Pielęgniarka przyszła do mnie, spytać jak się czuje. Odpowiedziałem, że po takim kopie jaki dziś miałem, czuje się dosyć dobrze. Odpowiedziała mi, że zostanę tu trzy dni, bo złamałem zakaz. Przestraszyłem się trochę tych trzech dni. Sam,
z nikim pogadać, brak słońca, czułem, że te dni mogą mnie zmienić niewyobrażalnie, jednakże pielęgniarka nawet nie zareagowała jak przepraszałem ze tamto zdarzenie. Zamknęła za sobą drzwi i zgasiła światło. Teraz pozostałem sam sobie. Poczułem się dziwnie, jakby coś we mnie powoli umierało, pustka ścian wypełnionych pianką, bym sobie krzywdy nie zrobił. Brak okien i kaftan na ręce powodowały, że musiałem się ograniczyć tylko do siedzenia i patrzenia w punkt.
Dzień 3
Była chyba godzina ósma, kiedy przynieśli mi jedzenie i jakiś zastrzyk uspakajający. Najpierw wstrzyknęli mi , poczym rozwiązali mnie co bardzo mnie zdziwiło, że im o mało nie zeszłem przez zeskwarkowanie przy udziale prądu, a oni po moim krótkotrwałym lecz dosyć uciążliwym paraliżu, chcą sprawdzić czy ucieknę jak mnie rozwiążą. Na śniadanie dostałem jajecznice i trzy kromki chleba razowego, chyba wczorajszego bo dosyć już był twardy. Zjadałem śniadanie i zacząłem chodzić po izolatce. Pokój był dosyć mały, wszędzie ogarniała mnie pustka i przeklęte zabezpieczenia ścian, by nie zrobić sobie jakiejś krzywdy. Doprowadzało mnie to do szału. Po około godzinie zjawiła się moja opiekunka Katrin i zaproponowała mi mały układ. Jeżeli już nie będę próbował uciekać, postara się mnie dzisiaj stąd wypuścić i umieścić w normalnej sali jak wcześniej. Musiałem się na to zgodzić, lecz ona patrząc w moje oczy wiedziała, że znów spróbuje prędzej czy później uciec. Zawołała Adama który przyniósł kaftan, oczywiście pasował na mnie jak ulał, zapiął mnie i doprowadził do pokoju, bym w czasie tej krótkiej przechadzki nie robił jakiś głupstw. Niby nic, ale jednak chcieli mieć pewność, że tym razem nie zwieje. Idąc korytarzem wraz z moim gorylem, spojrzałem na czas. Była już godzina 9:30. Doszliśmy do pokoju, po czym rzucił mnie na łóżko i rozwiązał kaftan mówiąc:
Dzień 4
Ocknąłem się koło drugiej nad ranem. Za oknem panowała paskudna pogoda, deszcz lał i nie miał zamiaru przestawać, w oddali dostrzegłem dozorcę, który próbował zabezpieczyć budynek przed nagła powodzią. Leżąc tak na łóżku, zacząłem rozmyślać, co tak naprawdę mi jest. Z dnia na dzień przekonywałem się, że jestem chory psychicznie, ciągłe wizje wywoływały u mnie coraz większą panikę. Ale czy biorąc leki powinienem mieć omamy ? Chyba nie?! Cóż, może to jakiś tok terapii abym mógł sobie przypomnieć co zrobiłem, oraz abym mógł zacząć normalnie żyć. Wiatr zaczął wiać niewyobrażalnie silnie, wyrwawszy ławki co uniosło je w powietrze. Po czym opadły, roztrzaskawszy się o wodnistą ziemie. Położyłem się spać. Nie chciałem więcej o niczym myśleć. Chciałem usnąć. Chciałem się znaleźć przez chwile gdzieś indziej. Dziś też nie odwiedziły mnie te dzieci. Może to był tylko jakiś sen, który przypomniał mi o filmie? Śpię, śni mi sie jakiś dom w którym chyba mieszkam. Widzę tą sama kobietę co wcześniej. Tym razem coś mi szepcze do ucha, uśmiechając się. Nie mogłem wpłynąć na to co się działo, byłem tylko oczami widza, który widzi samego siebie z oddali. Poszedłem do kuchni. Światło było zapalone. Podszedłem, by spojrzeć samemu sobie prosto w oczy. Moje oczy były inne, szczęśliwe na swój sposób, jakby ona zmieniła moje życie na lepsze. Po chwili, stoję przy schodach. Ona wychodzi .Jest nieziemsko piękna. W sukience czerwonej, wyglądała jakby nie była człowiekiem ,tylko aniołem. Twarz była pozbawiona pudru, ale i tak wyglądała bez niego oszałamiająco. Zaczęła schodzić po schodach. Poczułem się wtedy jakby ktoś kopnął mnie prosto w twarz. Spojrzała na mnie, po czym szepnęła do uszów, niestety już nie tak słodko jak wcześniej. Chwile później, obudziłem się. Była godzina czwarta nad ranem. Postanowiłem odwiedzić toaletę, bo dawno nie korzystałem z niej. Wyszedłem na korytarz. Znów owiało mnie dziwnym zimnem. Czułem po raz kolejny kogoś obecność, po kilku minutach doszedłem do czekającego na mnie WC-eta. Otworzyłem drzwi. Zapaliłem światło, po czym poszedłem na kibel. Po około pięciu minutach, kiedy chciałem już wyjść z ubikacji, dostrzegłem znów tą zjawę. Siedziała na krześle, którego wcześniej nie było i płakała. Po chwili spojrzała na mnie i zaczęła biec w moim kierunku. Nie myśląc dużo, wybiegłem stamtąd jakby się coś paliło. Biegłem jak tylko umiałem do swojej sali i czekałem czy przyjdzie. Po tylu emocjach postanowiłem udać się znów spać. Obudziłem się przed siódmą. Nie byłem zbytnio wyspany, spojrzałem na sąsiadujące łóżko, gdzie nie było nikogo. Wyszedłem trochę na korytarz, by się przewietrzyć. Po około pięciu minutach, wróciłem. Na łóżku leżała kartka z zeszytu: "Wszystkiego najlepszego tato". Zdziwiłem się, bo przecież nikt nie wchodził do sali jak mnie nie było. Wziąłem kartkę i wywaliłem do kosza. Ktoś sobie jaja robił, lecz pomylił sale. Jednak myśl, jak ktoś wszedł i podrzucił list, była tak duża, że myślenie o tym powodowało szukanie. Jak ktoś mógł podrzucić ten list? Zacząłem przeszukiwać pokój. Najpierw odsunąłem szafkę, by przekonać się czy nie ma jakiegoś przejścia, ów przejścia jednak nie było, tak samo gdy przeszukiwałem ściany. O ósmej zapowiadane było śniadanie, a po nim spotkanie. Wtedy też miałem szanse ukraść klucz, by wreszcie się dowiedzieć, po co ja tu siedzę i dlaczego wszyscy milczą kiedy ich się o to pytam.
10.00
Spotkanie z naszą opiekunką, która próbowała jakoś dotrzeć do większości, by zrozumieć czemu akurat taką drogą podążają. Nasza grupa składała się z pięciu osób. Ja, głupek, który ciągle widział jakieś mrówki na rękach. Ćpun co wszystko wciągał nosem, nawet ziemię. Robert, który miał autyzm, wiec ciężko z nim było pogadać normalnie. Frank, geniusz filmowy, nawijał że kręcił największe hity, ale później go wyrolowali i wysłali tu by, nie zagrażał produkcji. Adam, który pilnował nas, oraz ta co będzie nawijała, czyli Katrin. Rozpoczęła sesję. Całą godzinę gadaliśmy, jakie to nasze dzieciństwo musiało być kiepskie. Na pierwszy ogień poszedł głupek, który nie chciał współpracować i zaczął wariować. Najpierw poszło krzesło, a później to już tylko obezwładnienie i wysłanie głupka do sali. Teraz miałem okazje chyba największą, gdyż Adam odnosił nakręconego kolesia. Inni z grupy nie byli mi w stanie przeszkodzić, byli porostu zbyt tępi, by zawołać ochronę lub pobiec po nią. Katrin wstała
i podeszła do okna. Spojrzała na połamane ławki i powiedziała do siebie:
-Pora coś zmienić.
Wtedy wkroczyłem, chwyciłem ją za twarz, nie za mocno, lecz tak by nie wołała o pomoc. Wsadziłem rękę do jej kieszeni w której znajdowały się klucze.
Dzień 5
Otworzyłem oczy. Musieli mi dosyć dużo dać czegoś nasennego, bo spałem prawie dwadzieścia godzin. Była już godzina ósma rano, bo ktoś w zabiegówce zaczął krzyczeć, że śniadanie jest marne, niestety siedząc w izolatce, znów byłem związany kaftanem całkowicie. Pozbawiony czasu. Minuta zaczęła się wydłużać niczym godzina. Wstałem, podszedłem do drzwi prosząc o wypuszczenie. Nikt nie przychodził. Usiadłem samotnie wiedząc, że im dłużej tu jestem tym gorzej dla mnie. Nie miałem się do kogo odezwać. Teraz zostało mi tylko siedzenie i oczekiwanie aż ktoś się zjawi.
14:00
Ktoś otwiera drzwi. Jestem niezwykle ucieszony. Brakowało mi jakiejkolwiek twarzy. Drzwi lekko się otworzyły, po chwili otwarły się na oścież, wstałem z kaftanem i zapytałem:
-Kto tam?
Niestety nikt się nie odezwał. Wyjrzałem przez drzwi ale nikogo nie było, tak jakby ktoś otworzył te drzwi specjalnie, bym mógł uciec. Wyszedłem. Musiałem jakoś uwolnić się i uciekać z ośrodka. Moja przeszłość nie interesowała już mnie. Chciałem tylko zwiać. Poszedłem do zabiegówki, na całe szczęście nikogo tam nie było. Rozbiłem szybę, szybkim ruchem by jakoś zdjąć ten przeklęty kaftan. Rozbite szkło ułożyło się tak, abym mógł się uwolnić. Położyłem się i zacząłem piłować kawałkiem szkła, które wbiło się w drewnianą podłogę. Chwile czasu i wszystko zakończyło się sukcesem. Teraz byłem wolny i jednocześnie ścigany. Jedyną bezpieczną drogą, jaką mogłem łatwo uciec, była kapliczka, gdzie w zachrystii był ukryty właz prowadzący do kanałów. Wszystko mogłoby się wydawać łatwe, gdyby można było dotrzeć tam bez problemu. Najpierw musiałbym przemierzyć świetlice, którą niezwykle dobrze znam i wiedziałem, że koło siedemnastej będzie pusta, a gdyby nawet nie była, to czy grupka wariatów by mnie wsypała? Raczej nie, więc miałem okazje ale musiałem tymczasowo zaczekać, więc schowałem się niedaleko wejścia do świetlicy i czekałem, aż zegar na ścianie pokaże siedemnastą.
17:00
Doktorzy wyszli ze świetlicy. Skończyli swoje terapie na dziś. Dlatego teraz miałem okazję przedrzeć się przez ten dziki tłum. Wszedłem. Szybkie rozpoznanie, ale okazało się, że nikogo z personelu nie ma. Teraz szybko do kaplic. Nie zwracałem uwagi na zaczepki świrów. Miałem tylko jeden cel
i musiałem dotrzeć tam jak najszybciej. Przed moimi oczami ukazały się schody na dół, prowadzące do kapliczki. Teraz to już było z górki. Czułem, że jeśli zejdę to się wszystko uda i wreszcie uwolnię się z tego koszmaru. Schodziłem powoli, by nikt mnie nie usłyszał. Schodek po schodku, co przybliżało mnie bliżej celu. Coraz bardziej napawała mnie chęć wolności. Dochodząc do drzwi zobaczyłem napis: "Pan na Ciebie patrzy, więc i Ty spójrz na niego".
Nie byłem przekonany do tego sloganu, ale cóż, wejść musiałem. Drzwi były drewniane, trochę skrzypiące, więc każde lekkie pociągniecie powodowało okropne skrzypienie. Jakoś udało się wejść do środka bez wywoływania alarmu. W środku znajdowało się dziesięć ławek a po środku nich stał ogromny krzyż z Jezusem. Wokół nikogo nie było. Ksiądz gdzieś poszedł, pewnie miał odwiedziny
u chorych. Postanowiłem poświęcić chwile czasu i się pomodlić. Usiadłem w ławce i spojrzałem na Jezusa wiszącego na krzyżu po czym spytałem:
-Czemu tu jestem?
Po chwili zobaczyłem, że coś się dzieje z krzyżem. Zaczyna się dziwnie poruszać, przy okazji pękać
a postać Chrystusa zaczęła schodzić cała zakrwawiona. Momentalnie mnie zamurował, wiedziałem że nie może być to prawda, lecz jakoś dziwnie strach sparaliżował mnie. Chrystus cały kipiący krwią
w momencie zejścia powiedział:
-Wróć!!!
Po czym opadł na moje ramiona. Kiedy spojrzałem na niego, ujrzałem twarz kobiety, która miała zakrwawioną twarz, a ja znalazłem sie gdzieś na pustkowiu. Za mną stał rozwalony w drobny mak samochód. Po chwili widzę siebie podchodzącego do auta, gdzie zauważam doszczętnie spalone dwa ciała. Wale z żalu dłońmi o ziemie, po czym krzyczę i wzywam Boga, dlaczego mi to uczynił. Pogotowie przyjeżdża jednak dla mnie t i tak za późno, bo nie mam dla kogo żyć. Biorę kawałek szkła, które roztrysnęło się wokół. Chciałem umierać powoli, a może chciałem żeby mnie odratowali,
a więc położyłem się i zacząłem wspominać. Chwyciłem kawałek szkła i zacząłem robić sobie rany na nadgarstku, krew zaczynała powoli spływać, kropla za kroplą przybliżając mnie do rodziny. Nagle wizja przerzuca mnie do momentu, gdzie widzę znów ten sam dom, tą samą kobietę i wiem już, że to moja żona. W czasie tego, zauważam dwójkę moich dzieci, po czym wszyscy razem wsiadamy do samochodu, którym mieliśmy udać się do babci. Jednak słowa, które wypowiedziała wtedy, zniszczyły mnie.
-To już koniec, właśnie złożyłam wniosek o rozwód.
Te słowa wstrząsnęły mną tak bardzo, że samochód nadjeżdżający z naprzeciwka spowodował, że zaburzył moją szybką reakcje. Niestety drzewo stanęło mi na drodze i rozpoczął się początek końca. Wizja zniknęła. Znalazłem się znów we własnym pokoju, a koło mnie leżał ten dziwny towarzysz. Trochę mnie to zdziwiło, bo przed chwilą byłem w kapliczce. Nie mogłem sobie przypomnieć, jakim cudem znalazłem się w sali, czyżby znów doprowadził mnie Adam ? A jeśli tak, to dlaczego akurat do sali?
Wstałem z łóżka i podszedłem do współlokatora
-Gdzie byłeś tyle czasu? Zapytałem.
-Wróć, odparł współlokator.
Po czym wyjął nóż i kilkoma mocnymi, zręcznymi, chwytami spowodował, że moje gardło stało się całe czerwone od krwi a ja sam znów leżałem na ziemi. Krew wylewała się ze mnie potokami , próbowałem zatamować krwotok dłonią, ale niestety nic to nie dawało. Ciosy nożem były tak mocne, że nie mogłem pobiec po pomoc, bo świat zaczynał wirować wokół mnie. Zaczynam zasypiać, usnąłem.
-Wróć !!!
Znów słysząc te słowa, budzę się otwierając oczy. Ktoś spojrzał na mnie. Jacyś doktorzy mówią, że wreszcie się udało ,a obok nich stała ona.
-Dzięki Bogu wróciłeś do nas, tak się martwiliśmy o Ciebie.
Wtedy sobie uświadomiłem, że wszystko co przeżyłem w ostatnich dniach było snem. Jednak wypadek był prawdziwy z drobnym szczegółem, że ona nie zginęła, a trup w łazience to byłem ja. Wszystko powoli docierało do mnie. Wiedziałem, że ona odchodzi i zostanę sam. Znów sam.
W rzeczywistości nie było wcale lepiej, serce zaczęło walić tak mocno , że zacząłem się dusić. Lekarze podbiegli i zaczęli coś mi podawać. Światło zaczęło się rozjaśniać, zrobiło się wszędzie biało. Poczułem się jak nowonarodzony. Wstałem z łóżka. Nie było nikogo na sali, wszyscy doktorzy gdzieś zniknęli. Wtedy pojawiły się ponownie dzieci. Czy to był sen czy może rzeczywistość? Mało to mnie interesowało. Chciałem być z nimi, chwyciłem je za ręce i udaliśmy się do wyjścia.
Koniec